Większość moich wypraw organizuję sam i idę bez przewodnika oraz agencji. Kilimandżaro jest jednym z wyjątków: korzystaliśmy z przewodnika i agencji, ponieważ przepisy parku wymagają wejścia z uprawnionym przewodnikiem. Nie ma możliwości samodzielnego wejścia bez przewodnika.
26 grudnia 2024 roku dotarłem na Uhuru Peak, najwyższy punkt Kilimandżaro, 5895 metrów nad poziomem morza. Wyprawa zaczęła się cztery dni wcześniej przy Machame Gate, w deszczu i zieleni lasu. Przez kolejne dni krajobraz zmieniał się razem z wysokością, aż pozostały skały, zimny poranek i tablica na szczycie.
Tanzania, Afryka • 22-27 grudnia 2024 • Szczyt: 26 grudnia • Uhuru Peak: 5895 m n.p.m.
22 grudnia: ruszamy z Machame Gate
Przed Machame Gate pada deszcz. Tak zaczyna się nasza droga na Kilimandżaro. Wokół jest gęsta roślinność, mokry szlak i zupełnie inny świat niż ten, który czeka wysoko nad nami.
Plan na pierwszy dzień to około jedenastu kilometrów, ponad tysiąc dwieście metrów podejścia i kilka godzin spokojnej wędrówki do pierwszego obozu. Na początku góra nie pokazuje jeszcze swojej rozległej, otwartej przestrzeni. Idziemy przez las, a dzień wyznacza marsz do kolejnego postoju i do namiotów.



Ponad lasem
Następnego ranka oglądamy Kilimandżaro z pierwszego obozu. W dalszej drodze las stopniowo ustępuje niższej roślinności, otwartym zboczom i chmurom. Widok się poszerza. Możemy już oglądać górę z większej odległości, a jednocześnie cały czas zbliżamy się do jej wyższych partii.
Przy opisie tego etapu pokazuję też zdjęcia naszej grupy i obozowe sceny. Wspólny marsz przeplata się z odpoczynkiem i posiłkami. Każdego dnia rozpakowujemy się w innym otoczeniu. Jednego wieczoru uwagę przyciągają chmury podświetlone słońcem, innego sam masyw Kibo widoczny ponad obozem.



Wigilia pomiędzy kolejnymi obozami
24 grudnia budzi się kolejny obóz. Zamiast zwykłego świątecznego poranka mamy pakowanie i następny odcinek drogi. Dzień stopniowo nabiera tempa, a my wracamy do marszu.
Z tego etapu zostały zdjęcia surowych zboczy, skał i charakterystycznych wysokich roślin wyrastających z górskiego krajobrazu. Raz otacza nas mgła, za chwilę otwiera się widok dalej. To jedna z rzeczy, które najlepiej widać w zapisie tej wyprawy: otoczenie zmienia się bardzo szybko, choć przez cały czas jesteśmy na tej samej górze.



Boże Narodzenie na wysokości
25 grudnia idziemy dalej przez skalny teren. Na zdjęciach są przejścia pomiędzy skałami, ludzie podchodzący jeden za drugim i coraz bardziej odsłonięte zbocza. Zieleń zostaje niżej, a wokół namiotów jest coraz więcej kamienia.
Świąteczny akcent też się pojawia: na jednym z ujęć obok mnie stoi uczestnik w stroju Mikołaja. Ten obraz dobrze oddaje ten wyjazd - święta spędzone razem, ale w zupełnie innym miejscu niż zwykle. Pod koniec dnia zostają namioty, zachodzące słońce i przygotowanie do kolejnego etapu.






26 grudnia: Uhuru Peak, 5895 metrów
Noc ustępuje porankowi ponad chmurami. Światło stopniowo odsłania otoczenie. Po dniach marszu przez las, mgłę i skalne zbocza docieram na Uhuru Peak.
Przy tablicy na szczycie robimy zdjęcia, także wspólne z flagą. 26 grudnia 2024 roku staje się datą mojego wejścia na najwyższy szczyt Afryki. Przy tym fragmencie zostawiłem kilka ujęć z tego poranka, żeby pokazać zarówno sam szczyt, jak i drogę do niego.
Za zdjęciem przy tablicy stoją poprzednie dni: kolejne obozy, systematyczne podejście i zmieniająca się wysokość. To właśnie ten ciąg wydarzeń chciałem zachować w relacji, obok samego finału.




Powrót do zieleni
Po szczycie schodzimy. 27 grudnia w zdjęciach znowu pojawia się las. Po otwartej przestrzeni wysoko na górze wracają drzewa, wilgoć i gęsta roślinność. W ciągu sześciu dni przeszliśmy przez bardzo różne krajobrazy.
Moje Kilimandżaro to święta w drodze, wspólny czas w obozach i poranek na Uhuru Peak. Zdjęcia przy opisach ułożyłem od początku podejścia po zejście, tak aby można było przejść tę historię razem ze mną.
Po Kilimandżaro: safari i jeszcze kilka dni w Tanzanii
Powrót z góry nie kończył naszego wyjazdu. Po sześciu dniach marszu zostaliśmy w Tanzanii, żeby zobaczyć także jej inną stronę. 28 i 29 grudnia spędziliśmy na safari, a 30 grudnia pojechaliśmy do Materuni i kąpieliska Kikuletwa. To osobna część tej podróży: odpoczynek po wejściu, zwierzęta, kawa i woda zamiast kolejnych obozów.
28 grudnia: safari w Tarangire
Na zdjęciach z pierwszego dnia safari zachowałem samochód, bramę parku Tarangire i zielony krajobraz pełen zwierząt. Zamiast patrzeć na kolejny odcinek podejścia, wypatrujemy słoni, żyraf i małp. Ogromne baobaby stoją pomiędzy trawami i drzewami. Szczególnie dobrze pamięta się moment, gdy słoń jest tuż przy drodze, a my oglądamy go z samochodu.









29 grudnia: zwierzęta na równinie i szerokie panoramy
Drugi dzień ma inny krajobraz. Najpierw oglądamy rozległą kotlinę z góry, później jesteśmy już na dole, pomiędzy stadami zebr i bawołów. Na zdjęciach widać też słonia na otwartej przestrzeni, wodę i rozległe zielone stoki. Po ciasnej, konkretnej drodze na szczyt znów jest przed nami ogrom przestrzeni, ale tym razem oglądanej podczas safari.









30 grudnia: Materuni i wodospad
Rano ruszamy w stronę Materuni. Idziemy przez zieleń i uprawy, mijamy owoce sprzedawane przy drodze, a później dochodzimy do wodospadu. Zachowałem zdjęcia z podejścia, z samego wodospadu i wspólny kadr pod spadającą wodą. To zupełnie inna sceneria niż śnieg na Uhuru Peak kilka dni wcześniej.








Od ziaren do filiżanki: kawa w Materuni
Po wodospadzie odwiedzamy miejsce, w którym poznajemy przygotowanie kawy. Nie kończy się na zamówieniu gotowej filiżanki: oglądamy sprzęt, pracujemy przy drewnianym moździerzu, obserwujemy prażenie ziaren i przygotowanie napoju. Na zdjęciach jest cały ten proces, od pracy przy kawie po gotową filiżankę. Właśnie takie spotkania i małe doświadczenia są dla mnie ważną częścią wyjazdu.








Kikuletwa: kąpiel pod drzewami
Po południu docieramy do Kikuletwy. Zapamiętałem ją bardziej jako naturalne kąpielisko niż typowe gorące źródła. Woda, zwisające gałęzie i korzenie tworzą miejsce, w którym po górskiej części wyprawy można po prostu popływać. Na moich zdjęciach widać też skoki na linie i ludzi odpoczywających nad wodą. Kończymy ten dzień w zupełnie innym tempie niż nocne podejście na Kilimandżaro.






Moja trasa na mapie i plik GPX
Kliknij zdjęcie przy opisie danego etapu, aby zobaczyć pełny kadr.
Postaw mi kawę na szlak
Podobała Ci się ta historia? Pomóż mi przygotować kolejną wyprawę i relację.
Postaw mi kawę na szlak ☕Otwiera się w nowej karcie. Dobrowolne wsparcie przez Suppi – samodzielnie wybierasz kwotę.

