Denali (McKinley), wyprawa od lodowca Kahiltna po szczyt

Sam zorganizowałem tę wyprawę. W górach szedłem bez przewodnika i bez pomocy agencji.

Wyprawa na Denali (McKinley)

ALASKA

Denali (McKinley), wyprawa od lodowca Kahiltna po szczyt

Wielodniowa, samodzielna działalność na lodowcu zakończona wejściem na najwyższy szczyt Ameryki Północnej.

Mapa 2D, mapa 3D i GPX · Zobacz zdjęcia · Obejrzyj cztery odcinki wyprawy

Denali (McKinley) zaczęło się długo przed lodowcem

Cały wyjazd na Alaskę trwał od 23 maja do 16 czerwca 2024 roku. Obejmował przygotowania na miejscu, wyprawę na Denali (McKinley) oraz podróżowanie po Alasce po zejściu z gór.

6 czerwca o 20:40 stanąłem na szczycie Denali (McKinley), 6190 metrów nad poziomem morza. Na pierwszej linie byli ze mną Agnieszka i Waldek. Za nami zostały dni ciągnięcia sań, budowania obozów i czekania na pogodę. Przed nami wciąż było zejście, które okazało się jednym z najtrudniejszych momentów całej wyprawy.

Na Alaskę pojechaliśmy w sześć osób. Wziąłem na siebie organizację i prowadzenie zespołu, złożonego głównie z ludzi związanych z Górskimi Wojownikami. Podzieliliśmy się na dwie trzyosobowe liny. Jeszcze przed wyjazdem spotykaliśmy się, ustalaliśmy szczegóły i ćwiczyliśmy w Katowicach pracę na linie oraz ratownictwo szczelinowe. Chcieliśmy przygotować się do samodzielnej wyprawy: bez agencji i przewodnika, z własnymi namiotami, gotowaniem i transportem całego wyposażenia.

Sprawdzenie kombinezonu i rakiet śnieżnych przed wyprawą
Sprawdzenie kombinezonu i rakiet śnieżnych przed wyprawą
Sprzęt rozłożony przed pakowaniem na Denali
Sprzęt rozłożony przed pakowaniem na Denali
Zespół i bagaż przed podróżą na Alaskę
Zespół i bagaż przed podróżą na Alaskę
Lot w stronę Alaski, 23 maja
Lot w stronę Alaski, 23 maja
Po przylocie, 24 maja
Po przylocie, 24 maja

Anchorage - zakupy, sprzęt i pierwsze komplikacje

Pierwsze komplikacje przyszły jeszcze w drodze. Dwóch kolegów nie zdążyło na samolot do Anchorage i dotarło dwa dni później. W czasie kontroli po przylocie zabrano mi osiem liofilizatów zawierających mięso. Zapasy przygotowane w Polsce trzeba było uzupełnić już na Alasce, a organizację kolejnych dni dopasować do późniejszego przylotu reszty zespołu.

Z lotniska pojechaliśmy taksówką do wynajętego mieszkania. Dopiero na miejscu zauważyłem, że zatrzymaliśmy się przy ulicy McKinley - potraktowaliśmy to jako dobry znak przed wyprawą. Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na miasto. Były amerykańskie hamburgery z frytkami, pierwsze wrażenia z Anchorage i moje uparte poszukiwania hot doga.

Powitanie na lotnisku w Anchorage
Powitanie na lotnisku w Anchorage
Wspólny posiłek po przylocie do Anchorage
Wspólny posiłek po przylocie do Anchorage
Pierwsze wrażenia po przylocie i żart o zabranych liofilizatach.

Następny dzień wypełniły przygotowania. Kupowaliśmy jedzenie i paliwo do palników, wypożyczaliśmy rakiety śnieżne oraz kompletowaliśmy tyczki do oznaczania trasy i depozytów. Robiliśmy też zakupy dla kolegów, którzy mieli dopiero dolecieć. W mieszkaniu docinaliśmy rurki do zestawu transportowego i ćwiczyliśmy rozstawianie nowego namiotu. W cieple łatwo poprawić błąd; na lodowcu, przy wietrze i zmarzniętych dłoniach, każda taka czynność miała kosztować znacznie więcej wysiłku.

Liofilizowane posiłki kupowane w Walmart przed wyprawą
Liofilizowane posiłki kupowane w Walmart przed wyprawą
Zakupy w Walmart w Anchorage
Zakupy w Walmart w Anchorage
Zapasy i wyposażenie w wózku po zakupach w Walmart
Zapasy i wyposażenie w wózku po zakupach w Walmart
Sprzęt w sklepie górskim w Anchorage
Sprzęt w sklepie górskim w Anchorage
Wejście do Alaska Mountaineering & Hiking
Wejście do Alaska Mountaineering & Hiking
Przygotowanie rurek i wyposażenia przed wyprawą
Przygotowanie rurek i wyposażenia przed wyprawą
Sprawdzenie wnętrza namiotu podczas przygotowań
Sprawdzenie wnętrza namiotu podczas przygotowań
Próbne rozstawienie namiotu przed wyjazdem w góry
Próbne rozstawienie namiotu przed wyjazdem w góry
Rozłożone zapasy i wyposażenie przed pakowaniem
Rozłożone zapasy i wyposażenie przed pakowaniem
Pakowanie bagażu w Anchorage
Pakowanie bagażu w Anchorage
Zakupy zapasów w Anchorage.
Sprzęt rozłożony na kwaterze w Anchorage.
Porządkowanie i pakowanie wyposażenia przed wyprawą.

25 maja ruszyliśmy autokarem do Talkeetny. Do tego czasu udało się ponownie zebrać cały zespół. Miejska część przygotowań dobiegła końca, ale przed nami były jeszcze formalności i ostatnie przepakowanie przed lotem w góry.

Bagaże przygotowane do dalszego przejazdu
Bagaże przygotowane do dalszego przejazdu
Spacer wśród stoisk w Anchorage
Spacer wśród stoisk w Anchorage
Pierwsze przejazdy po przylocie
Pierwsze przejazdy po przylocie
Anchorage, 24 maja
Anchorage, 24 maja
W Anchorage przed wyprawą, 25 maja
W Anchorage przed wyprawą, 25 maja

57 kilogramów i lot na Kahiltnę

Z Anchorage pojechaliśmy do Talkeetny. Tutaj dopinaliśmy formalności z Talkeetna Air Taxi, przygotowywaliśmy sanie i ważyliśmy bagaże. Mój ekwipunek zabierany na lodowiec ważył 57 kilogramów. Część rzeczy cywilnych została na dole. Zostawiłem też chipsy i Pepsi z myślą o powrocie po tygodniach spędzonych w górach.

W Talkeetna Air Taxi podawaliśmy dane kontaktowe naszego inReacha oraz informacje o namiotach: ile ich mamy i jak wyglądają. Odbieraliśmy sanie, dokładaliśmy linki i przygotowywaliśmy mocowanie całego bagażu. Rano pracownicy air taxi odebrali nas wraz ze sprzętem z miejsca noclegu. Ważenie i przepakowywanie były ostatnią okazją, żeby zostawić zbędne rzeczy na dole.

Zespół i sprzęt przed lotem na lodowiec
Zespół i sprzęt przed lotem na lodowiec
Samochód załadowany wyprawowym bagażem
Samochód załadowany wyprawowym bagażem
Ulica w Talkeetnie przed górską częścią wyprawy
Ulica w Talkeetnie przed górską częścią wyprawy
Ważenie przed lotem na lodowiec
Ważenie przed lotem na lodowiec
Lista pakowania i przygotowania bagażu do lotu
Lista pakowania i przygotowania bagażu do lotu
Szyld Talkeetna Air Taxi
Szyld Talkeetna Air Taxi
Samoloty przed lotem na lodowiec
Samoloty przed lotem na lodowiec
Odręczne notatki z planem kolejnych etapów wyprawy
Odręczne notatki z planem kolejnych etapów wyprawy
Wieczorne światło nad rzeką w Talkeetnie
Wieczorne światło nad rzeką w Talkeetnie
Budynek stacji rangerów w Talkeetnie
Budynek stacji rangerów w Talkeetnie
Talkeetna przed lotem na lodowiec.
Talkeetna Air Taxi i przygotowania do lotu.
Samoloty na płycie Talkeetna Air Taxi.

Kolejnym ważnym punktem było spotkanie z rangerami. Wspólnie przeanalizowaliśmy drogę, opowiedzieliśmy o planie i załatwiliśmy formalności związane z pobytem w parku. Omówiono także zasady dbania o czystość góry, w tym korzystanie ze specjalnych pojemników sanitarnych. To była konkretna odprawa przed samodzielnym działaniem na lodowcu.

Nie mieliśmy pewności, kiedy polecimy: tego samego dnia, następnego czy dopiero po kilku dniach czekania na pogodę. Tymczasem zaraz po spotkaniu z rangerami odezwało się air taxi - można było lecieć. Przygotowania nagle nabrały tempa. Po wszystkich zakupach, rozmowach i przepakowaniach naprawdę ruszaliśmy na Denali (McKinley).

Lot na lodowiec trwał 30 minut. Za oknem pojawiały się kolejne ośnieżone szczyty, a telefony i aparaty właściwie nie znikały nam z rąk. 26 maja około 14:00 wylądowaliśmy na lodowcu Kahiltna, na wysokości około 2200 metrów. Do szczytu pozostawało mniej więcej cztery tysiące metrów w pionie. Najpierw jednak trzeba było rozładować samolot, przepakować sprzęt, przywiązać bagaże do sań i związać się liną.

Samolot przygotowany do lotu na Kahiltnę
Samolot przygotowany do lotu na Kahiltnę
Alaska widziana z małego samolotu
Alaska widziana z małego samolotu
Ośnieżone góry Alaski widziane z samolotu podczas wyprawy na Denali (McKinley)
Ośnieżone góry Alaski widziane z samolotu podczas wyprawy na Denali (McKinley)

Długie dni, jasne noce i ciężkie sanie

Pierwszy odcinek rozpoczęliśmy o 16:40. Przed nami było około ośmiu kilometrów do pierwszego obozu. Już początkowe zejście pokazało, że sanie potrafią być równie uciążliwe jak plecak: zjeżdżały na nogi i wymagały ciągłego pilnowania. Moje aluminiowe prowadnice pomagały utrzymać je w pewnej odległości. Inne rozwiązania musieliśmy poprawiać po drodze.

Do obozu dotarliśmy około 23:15, po ponad sześciu godzinach marszu. Wciąż było jasno. Rozstawienie namiotów, topienie śniegu i przygotowanie jedzenia przeciągnęły dzień do późnej nocy. Na Denali (McKinley) samo dojście do obozu rzadko oznaczało koniec pracy.

Sanie i bagaż w pierwszych obozach na lodowcu
Sanie i bagaż w pierwszych obozach na lodowcu
Namioty, sanie i codzienność w pierwszej części wyprawy.

Kolejne podejście zajęło nam ponad dziewięć godzin. Z pełnym obciążeniem dotarliśmy do obozu na około 3400 metrach. Tam zostawiliśmy część wyposażenia w depozycie, a rakiety śnieżne ustąpiły miejsca rakom. Jeden z palników przestał działać, więc dzieliliśmy się pozostałymi. Każda porcja wody wymagała czasu i paliwa, a obozowy rytm wyznaczały proste czynności: stopić śnieg, zagotować wodę, zjeść, wysuszyć rzeczy, przygotować sprzęt.

Wyprawowe sanie na śnieżnej trasie
Wyprawowe sanie na śnieżnej trasie
Zespół z saniami w wieczornym świetle
Zespół z saniami w wieczornym świetle
Obóz i sprzęt podczas gorszej widoczności.

Wyżej czekały Motorcycle Hill, Squirrel Hill i Windy Corner. Ciężar sań dawał się we znaki, szczególnie podczas trawersów. Gdy komuś brakowało sił, rozdzielaliśmy część jego bagażu i pomagaliśmy sobie na trasie. Pomiędzy zmęczeniem i poprawianiem sprzętu zdarzały się chwile, dla których trudno znaleźć odpowiednie słowa: wyjście ponad chmury i widok gór w świetle późnego wieczoru.

Początek drogi przez lodowiec Kahiltna
Początek drogi przez lodowiec Kahiltna
Żółty namiot i życie obozowe na lodowcu
Żółty namiot i życie obozowe na lodowcu
Zespół z plecakami i saniami na podejściu
Zespół z plecakami i saniami na podejściu
Wieczorne światło nad górami Alaski
Wieczorne światło nad górami Alaski

Sześć osób w trzyosobowym namiocie

Podejście do czwartego obozu skończyło się dla naszej pierwszej liny dopiero około 3:30 nad ranem. Po mniej więcej dziewięciu i pół godzinach byliśmy przemarznięci i wyczerpani. Ręce nie chciały współpracować przy rozstawianiu namiotów.

Części mojego namiotu były podzielone między dwie liny, a druga grupa jeszcze nie dotarła. Schroniliśmy się więc w trzyosobowym namiocie Waldka. Gdy mniej więcej godzinę później przyszli pozostali, najważniejsze było osłonić ich przed zimnem. Ostatecznie w jednym małym namiocie znalazło się nas sześcioro. Trudno było mówić o normalnym śnie.

Następnego dnia urządzaliśmy właściwy obóz: trzy sąsiadujące miejsca, wyrównane platformy, śnieżne murki, wykopane przedsionki i miejsce na sprzęt. Na tej wysokości nawet takie zajęcia zajmowały mnóstwo czasu. Wieczorem, kiedy słońce chowało się za górami, życie między namiotami szybko zamierało.

Panel solarny ustawiony na śniegu
Panel solarny ustawiony na śniegu
Śnieżne konstrukcje i zagłębienia w obozie
Śnieżne konstrukcje i zagłębienia w obozie
Wyprawowa flaga na tle namiotów i gór
Wyprawowa flaga na tle namiotów i gór
Zespół podczas wyjścia aklimatyzacyjnego
Zespół podczas wyjścia aklimatyzacyjnego
Gotowanie na palniku ustawionym w śniegu
Gotowanie na palniku ustawionym w śniegu
Namiot osłonięty śnieżnym murem
Namiot osłonięty śnieżnym murem
Śpiwór i wyposażenie wewnątrz namiotu
Śpiwór i wyposażenie wewnątrz namiotu

Stąd wyszliśmy wyżej w ramach aklimatyzacji, w stronę poręczówek i przełęczy. Były kolejki, przejście przez szczelinę i widok obozu daleko pod nami. W kolejnych dniach pogoda się pogorszyła. Zamiast realizować plan według kalendarza, czekaliśmy, odpoczywaliśmy i odgarnialiśmy śnieg. W takich chwilach organizacja wyprawy oznaczała również zgodę na to, że dziś nie pójdziemy dalej.

Namioty i śnieżne osłony w obozie czwartym
Namioty i śnieżne osłony w obozie czwartym
Panorama podczas wyjścia aklimatyzacyjnego
Panorama podczas wyjścia aklimatyzacyjnego
Widok w rejonie Edge of the World
Widok w rejonie Edge of the World
Praca przy obozie i śnieżnych osłonach
Praca przy obozie i śnieżnych osłonach

Ostatni obóz i pomoc od sąsiada

3 czerwca ruszyliśmy do obozu piątego, na około 5200 metrów. Sanie zostały niżej; w plecakach nieśliśmy namioty, paliwo i jedzenie na cztery dni. Wyszliśmy o 13:45, a dotarliśmy około 23:45. Kolejny dziesięciogodzinny dzień kończył się walką o wykonanie najprostszych czynności.

Namioty w wyższym obozie o późnej porze
Namioty w wyższym obozie o późnej porze
Osłony ze śnieżnych bloków wokół obozu
Osłony ze śnieżnych bloków wokół obozu

Przy rozstawianiu namiotu pomógł nam sąsiad z obozu. Przy przemarzniętych dłoniach taka pomoc i ciepła herbata miały ogromne znaczenie. Później mogliśmy mu się odwdzięczyć jedzeniem, herbatą i pożyczeniem radia. Ten fragment wyprawy pamiętam równie mocno jak panoramy: obok siebie byli ludzie, którzy rozumieli, ile potrafi znaczyć drobny gest.

5 czerwca przyniósł śnieg i wiatr. Poprawialiśmy osłony, odkopywaliśmy namioty i wypatrywaliśmy okna pogodowego. Zapas czasu malał. Prognozy dawały nadzieję na 6 i 7 czerwca, ale rzeczywiste warunki wciąż trzeba było oceniać na miejscu.

Codzienność w ciasnym wnętrzu namiotu
Codzienność w ciasnym wnętrzu namiotu
Górska grań nad obozem
Górska grań nad obozem
Namiot w zimowych warunkach w wysokim obozie
Namiot w zimowych warunkach w wysokim obozie
Panorama z obozu piątego
Panorama z obozu piątego
W wysokim obozie pod Denali (McKinley)
W wysokim obozie pod Denali (McKinley)

6 czerwca, godzina 20:40

Start planowany na czwartą rano przesunął się aż na południe. Czekaliśmy, aż warunki pozwolą ruszyć. W stronę Denali Pass szliśmy w silnym wietrze. Część innych zespołów zawracała. My rozmawialiśmy o sytuacji i kontynuowaliśmy podejście; powyżej przełęczy wiatr na pewien czas osłabł i wyszło słońce. Dalej chmury wróciły.

Przez kolejne godziny droga prowadziła w stronę Football Field, końcowego stromego podejścia i grani szczytowej. O 20:40 stanąłem z Agnieszką i Waldkiem na najwyższym punkcie Ameryki Północnej. Tabliczka szczytowa była zasypana. Zostały zdjęcia, nagrania, flaga i ogromna radość po całej drodze, która nas tu doprowadziła.

Śnieg i góry w ostrym wysokogórskim świetle
Śnieg i góry w ostrym wysokogórskim świetle
Na szczycie Denali, 6 czerwca 2024.
Panorama z dnia szczytowego na Denali.

Nie chciałem jednak kończyć tej historii na zdjęciu ze szczytu. Podczas zejścia, na twardym i stromym trawersie, jedna z osób na naszej linie odpadła. Lina zatrzymała upadek. Musieliśmy zabezpieczyć sytuację i pomóc wrócić na trasę; wsparł nas również inny schodzący wspinacz. Był to bardzo poważny moment, przypominający, że po zdobyciu szczytu nadal jesteśmy wysoko i nadal musimy bezpiecznie wrócić.

Nasza lina dotarła do obozu około drugiej w nocy. Druga około 3:15. Dzień szczytowy trwał dla nas mniej więcej czternaście godzin.

Podejście podczas dnia szczytowego
Podejście podczas dnia szczytowego
Na szczycie Denali (McKinley) z flagą
Na szczycie Denali (McKinley) z flagą

Powrót też trzeba było wypracować

7 czerwca zeszliśmy do czwartego obozu. Chcieliśmy dotrzeć jeszcze niżej, ale po odebraniu depozytów i ocenie własnych sił zostaliśmy na noc. Następne etapy przyniosły silny wiatr, ograniczoną widoczność i ponowne zmagania z ciężkimi saniami. Lodowiec, przez który schodziliśmy, zmieniał się; droga znana z podejścia wymagała świeżej uwagi.

Szczelina lodowcowa widziana podczas zejścia
Szczelina lodowcowa widziana podczas zejścia

Na końcu czekało jeszcze podejście do bazy, Heartbreak Hill. Po tylu dniach nawet ten ostatni odcinek potrafił dać w kość. 9 czerwca wróciliśmy samolotem z lodowca do Talkeetny. Lot powrotny trwał 29 minut.

Widok z namiotu po powrocie do bazy
Widok z namiotu po powrocie do bazy
Grań podczas zejścia po wejściu na Denali (McKinley)
Grań podczas zejścia po wejściu na Denali (McKinley)
Powrót zespołu przez lodowiec z saniami
Powrót zespołu przez lodowiec z saniami
Powrotny lot z lodowca
Powrotny lot z lodowca

Talkeetna po powrocie - prysznic, rowery i pamięć o górach

Po powrotnym locie z lodowca odzyskaliśmy rzeczy zostawione w air taxi. Czekały też moje chipsy i Pepsi. Potem trzeba było znaleźć nocleg, umyć się i przebrać. Po wielu dniach życia w namiocie zwykły prysznic oraz jedzenie inne niż wyprawowe były prawdziwą przyjemnością. W Talkeetnie próbowaliśmy kolejnych rzeczy, często zamawiając więcej, niż byliśmy w stanie zjeść.

Podczas spaceru trafiliśmy na leśny cmentarz i miejsce upamiętniające ludzi, którzy zginęli na Denali (McKinley), Mount Hunter i Mount Foraker. Po własnej wyprawie nie była to dla nas przypadkowa tablica mijana przy drodze. Radość z powrotu spotkała się tu z pamięcią o tych, którzy z gór nie wrócili.

11 czerwca spędziliśmy dzień na rowerach w okolicach Talkeetny. Jeździliśmy między jeziorkami i po trasach, na których spotykaliśmy także spacerowiczów. Wyszło około 26 kilometrów. Po tygodniach ciągnięcia sań była to zupełnie inna forma ruchu, choć nadal nie potrafiliśmy długo usiedzieć w miejscu.

Spacer po powrocie z gór, 10 czerwca
Spacer po powrocie z gór, 10 czerwca
Woda i zieleń w Talkeetnie
Woda i zieleń w Talkeetnie
Wieczór w Talkeetnie
Wieczór w Talkeetnie

Anchorage i podróż na południe Alaski

12 czerwca wróciliśmy autokarem do Anchorage. Wyjechaliśmy z Talkeetny o 17:45, a około 21:00 byliśmy w apartamencie. Mimo późnej pory ruszyliśmy jeszcze na miasto coś zjeść. Następnego dnia ponownie wybraliśmy rowery - tym razem na dłuższą wycieczkę po Anchorage i okolicy.

Na ostatnią część podróży wypożyczyliśmy samochód i ruszyliśmy na południe. W planie znalazły się Whittier i Seward. Po długim pobycie w wysokich górach mogliśmy zobaczyć również nadmorską Alaskę i miejscowości, których nie poznalibyśmy, wracając do domu od razu po zejściu z Denali (McKinley).

Powrót autobusem, 11 czerwca
Powrót autobusem, 11 czerwca
Posiłek po górskiej części wyprawy
Posiłek po górskiej części wyprawy
Na rowerach w Anchorage, 12 czerwca
Na rowerach w Anchorage, 12 czerwca
Łoś spotkany podczas zwiedzania
Łoś spotkany podczas zwiedzania

Exit Glacier i ostatnie dni na Alasce

W okolicach Seward pojechaliśmy zobaczyć Exit Glacier. Tym razem oglądaliśmy lodowiec jako jeden z etapów zwiedzania, bez całego wyprawowego ładunku i kolejnych obozów przed sobą. Exit Glacier leży w Parku Narodowym Kenai Fjords i spływa z pola lodowego Harding Icefield. To właśnie ten lodowiec był naszym przystankiem podczas końcowej części podróży.

Po Whittier, Seward i wizycie przy lodowcu wróciliśmy do Anchorage. 16 czerwca dotarliśmy na lotnisko przed godziną 15:00; lot powrotny mieliśmy zaplanowany na 17:10. Tak zamknął się wyjazd rozpoczęty 23 maja.

Denali (McKinley) pozostaje sercem tej historii, ale cała Alaska to dla mnie znacznie więcej niż dzień szczytowy. Pamiętam zakupy i przygotowania w Anchorage, rozmowę z rangerami, mały samolot lecący nad górami, wspólną pracę w obozach, a potem rowery, odwiedzone miasta i Exit Glacier. Dopiero wszystkie te etapy razem składają się na wyprawę, którą po powrocie uważałem za najlepszą z dotychczasowych.

Zdjęcia przy opisach pokazują kolejne etapy wyprawy. Kliknij fotografię, aby zobaczyć pełny kadr.

Południe Alaski, 13 czerwca
Południe Alaski, 13 czerwca
Port i góry podczas zwiedzania
Port i góry podczas zwiedzania
Na wycieczce przy lodowcu, 14 czerwca
Na wycieczce przy lodowcu, 14 czerwca
Jeszcze widoki nad wodą
Jeszcze widoki nad wodą
Ostatnie dni przed powrotem
Ostatnie dni przed powrotem

Denali (McKinley) w czterech odcinkach

Pełna historia opowiedziana przeze mnie po powrocie, z nagraniami z samej wyprawy. Odcinki najlepiej oglądać po kolei.

1. Przygotowania i droga na Alaskę

2. Lodowiec, sanie i pierwsze obozy

3. Życie w obozie i aklimatyzacja

4. Dzień szczytowy i powrót

Prelekcja o Denali (McKinley)

Dłuższa opowieść o wyprawie podczas spotkania w Szamotułach.

Postaw mi kawę na szlak

Podobała Ci się ta historia? Pomóż mi przygotować kolejną wyprawę i relację.

Postaw mi kawę na szlak ☕

Otwiera się w nowej karcie. Dobrowolne wsparcie przez Suppi – samodzielnie wybierasz kwotę.