Sam zorganizowałem tę wyprawę. W górach szedłem bez przewodnika i bez pomocy agencji.

ALASKA
Denali (McKinley), wyprawa od lodowca Kahiltna po szczyt
Wielodniowa, samodzielna działalność na lodowcu zakończona wejściem na najwyższy szczyt Ameryki Północnej.
Mapa 2D, mapa 3D i GPX · Zobacz zdjęcia · Obejrzyj cztery odcinki wyprawy
Denali (McKinley) zaczęło się długo przed lodowcem
Cały wyjazd na Alaskę trwał od 23 maja do 16 czerwca 2024 roku. Obejmował przygotowania na miejscu, wyprawę na Denali (McKinley) oraz podróżowanie po Alasce po zejściu z gór.
6 czerwca o 20:40 stanąłem na szczycie Denali (McKinley), 6190 metrów nad poziomem morza. Na pierwszej linie byli ze mną Agnieszka i Waldek. Za nami zostały dni ciągnięcia sań, budowania obozów i czekania na pogodę. Przed nami wciąż było zejście, które okazało się jednym z najtrudniejszych momentów całej wyprawy.
Na Alaskę pojechaliśmy w sześć osób. Wziąłem na siebie organizację i prowadzenie zespołu, złożonego głównie z ludzi związanych z Górskimi Wojownikami. Podzieliliśmy się na dwie trzyosobowe liny. Jeszcze przed wyjazdem spotykaliśmy się, ustalaliśmy szczegóły i ćwiczyliśmy w Katowicach pracę na linie oraz ratownictwo szczelinowe. Chcieliśmy przygotować się do samodzielnej wyprawy: bez agencji i przewodnika, z własnymi namiotami, gotowaniem i transportem całego wyposażenia.



Anchorage - zakupy, sprzęt i pierwsze komplikacje
Pierwsze komplikacje przyszły jeszcze w drodze. Dwóch kolegów nie zdążyło na samolot do Anchorage i dotarło dwa dni później. W czasie kontroli po przylocie zabrano mi osiem liofilizatów zawierających mięso. Zapasy przygotowane w Polsce trzeba było uzupełnić już na Alasce, a organizację kolejnych dni dopasować do późniejszego przylotu reszty zespołu.
Z lotniska pojechaliśmy taksówką do wynajętego mieszkania. Dopiero na miejscu zauważyłem, że zatrzymaliśmy się przy ulicy McKinley - potraktowaliśmy to jako dobry znak przed wyprawą. Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na miasto. Były amerykańskie hamburgery z frytkami, pierwsze wrażenia z Anchorage i moje uparte poszukiwania hot doga.
Następny dzień wypełniły przygotowania. Kupowaliśmy jedzenie i paliwo do palników, wypożyczaliśmy rakiety śnieżne oraz kompletowaliśmy tyczki do oznaczania trasy i depozytów. Robiliśmy też zakupy dla kolegów, którzy mieli dopiero dolecieć. W mieszkaniu docinaliśmy rurki do zestawu transportowego i ćwiczyliśmy rozstawianie nowego namiotu. W cieple łatwo poprawić błąd; na lodowcu, przy wietrze i zmarzniętych dłoniach, każda taka czynność miała kosztować znacznie więcej wysiłku.










25 maja ruszyliśmy autokarem do Talkeetny. Do tego czasu udało się ponownie zebrać cały zespół. Miejska część przygotowań dobiegła końca, ale przed nami były jeszcze formalności i ostatnie przepakowanie przed lotem w góry.
57 kilogramów i lot na Kahiltnę
Z Anchorage pojechaliśmy do Talkeetny. Tutaj dopinaliśmy formalności z Talkeetna Air Taxi, przygotowywaliśmy sanie i ważyliśmy bagaże. Mój ekwipunek zabierany na lodowiec ważył 57 kilogramów. Część rzeczy cywilnych została na dole. Zostawiłem też chipsy i Pepsi z myślą o powrocie po tygodniach spędzonych w górach.
W Talkeetna Air Taxi podawaliśmy dane kontaktowe naszego inReacha oraz informacje o namiotach: ile ich mamy i jak wyglądają. Odbieraliśmy sanie, dokładaliśmy linki i przygotowywaliśmy mocowanie całego bagażu. Rano pracownicy air taxi odebrali nas wraz ze sprzętem z miejsca noclegu. Ważenie i przepakowywanie były ostatnią okazją, żeby zostawić zbędne rzeczy na dole.










Kolejnym ważnym punktem było spotkanie z rangerami. Wspólnie przeanalizowaliśmy drogę, opowiedzieliśmy o planie i załatwiliśmy formalności związane z pobytem w parku. Omówiono także zasady dbania o czystość góry, w tym korzystanie ze specjalnych pojemników sanitarnych. To była konkretna odprawa przed samodzielnym działaniem na lodowcu.
Nie mieliśmy pewności, kiedy polecimy: tego samego dnia, następnego czy dopiero po kilku dniach czekania na pogodę. Tymczasem zaraz po spotkaniu z rangerami odezwało się air taxi - można było lecieć. Przygotowania nagle nabrały tempa. Po wszystkich zakupach, rozmowach i przepakowaniach naprawdę ruszaliśmy na Denali (McKinley).
Lot na lodowiec trwał 30 minut. Za oknem pojawiały się kolejne ośnieżone szczyty, a telefony i aparaty właściwie nie znikały nam z rąk. 26 maja około 14:00 wylądowaliśmy na lodowcu Kahiltna, na wysokości około 2200 metrów. Do szczytu pozostawało mniej więcej cztery tysiące metrów w pionie. Najpierw jednak trzeba było rozładować samolot, przepakować sprzęt, przywiązać bagaże do sań i związać się liną.
Długie dni, jasne noce i ciężkie sanie
Pierwszy odcinek rozpoczęliśmy o 16:40. Przed nami było około ośmiu kilometrów do pierwszego obozu. Już początkowe zejście pokazało, że sanie potrafią być równie uciążliwe jak plecak: zjeżdżały na nogi i wymagały ciągłego pilnowania. Moje aluminiowe prowadnice pomagały utrzymać je w pewnej odległości. Inne rozwiązania musieliśmy poprawiać po drodze.
Do obozu dotarliśmy około 23:15, po ponad sześciu godzinach marszu. Wciąż było jasno. Rozstawienie namiotów, topienie śniegu i przygotowanie jedzenia przeciągnęły dzień do późnej nocy. Na Denali (McKinley) samo dojście do obozu rzadko oznaczało koniec pracy.
Kolejne podejście zajęło nam ponad dziewięć godzin. Z pełnym obciążeniem dotarliśmy do obozu na około 3400 metrach. Tam zostawiliśmy część wyposażenia w depozycie, a rakiety śnieżne ustąpiły miejsca rakom. Jeden z palników przestał działać, więc dzieliliśmy się pozostałymi. Każda porcja wody wymagała czasu i paliwa, a obozowy rytm wyznaczały proste czynności: stopić śnieg, zagotować wodę, zjeść, wysuszyć rzeczy, przygotować sprzęt.
Wyżej czekały Motorcycle Hill, Squirrel Hill i Windy Corner. Ciężar sań dawał się we znaki, szczególnie podczas trawersów. Gdy komuś brakowało sił, rozdzielaliśmy część jego bagażu i pomagaliśmy sobie na trasie. Pomiędzy zmęczeniem i poprawianiem sprzętu zdarzały się chwile, dla których trudno znaleźć odpowiednie słowa: wyjście ponad chmury i widok gór w świetle późnego wieczoru.




Sześć osób w trzyosobowym namiocie
Podejście do czwartego obozu skończyło się dla naszej pierwszej liny dopiero około 3:30 nad ranem. Po mniej więcej dziewięciu i pół godzinach byliśmy przemarznięci i wyczerpani. Ręce nie chciały współpracować przy rozstawianiu namiotów.
Części mojego namiotu były podzielone między dwie liny, a druga grupa jeszcze nie dotarła. Schroniliśmy się więc w trzyosobowym namiocie Waldka. Gdy mniej więcej godzinę później przyszli pozostali, najważniejsze było osłonić ich przed zimnem. Ostatecznie w jednym małym namiocie znalazło się nas sześcioro. Trudno było mówić o normalnym śnie.
Następnego dnia urządzaliśmy właściwy obóz: trzy sąsiadujące miejsca, wyrównane platformy, śnieżne murki, wykopane przedsionki i miejsce na sprzęt. Na tej wysokości nawet takie zajęcia zajmowały mnóstwo czasu. Wieczorem, kiedy słońce chowało się za górami, życie między namiotami szybko zamierało.







Stąd wyszliśmy wyżej w ramach aklimatyzacji, w stronę poręczówek i przełęczy. Były kolejki, przejście przez szczelinę i widok obozu daleko pod nami. W kolejnych dniach pogoda się pogorszyła. Zamiast realizować plan według kalendarza, czekaliśmy, odpoczywaliśmy i odgarnialiśmy śnieg. W takich chwilach organizacja wyprawy oznaczała również zgodę na to, że dziś nie pójdziemy dalej.




Ostatni obóz i pomoc od sąsiada
3 czerwca ruszyliśmy do obozu piątego, na około 5200 metrów. Sanie zostały niżej; w plecakach nieśliśmy namioty, paliwo i jedzenie na cztery dni. Wyszliśmy o 13:45, a dotarliśmy około 23:45. Kolejny dziesięciogodzinny dzień kończył się walką o wykonanie najprostszych czynności.
Przy rozstawianiu namiotu pomógł nam sąsiad z obozu. Przy przemarzniętych dłoniach taka pomoc i ciepła herbata miały ogromne znaczenie. Później mogliśmy mu się odwdzięczyć jedzeniem, herbatą i pożyczeniem radia. Ten fragment wyprawy pamiętam równie mocno jak panoramy: obok siebie byli ludzie, którzy rozumieli, ile potrafi znaczyć drobny gest.
5 czerwca przyniósł śnieg i wiatr. Poprawialiśmy osłony, odkopywaliśmy namioty i wypatrywaliśmy okna pogodowego. Zapas czasu malał. Prognozy dawały nadzieję na 6 i 7 czerwca, ale rzeczywiste warunki wciąż trzeba było oceniać na miejscu.




6 czerwca, godzina 20:40
Start planowany na czwartą rano przesunął się aż na południe. Czekaliśmy, aż warunki pozwolą ruszyć. W stronę Denali Pass szliśmy w silnym wietrze. Część innych zespołów zawracała. My rozmawialiśmy o sytuacji i kontynuowaliśmy podejście; powyżej przełęczy wiatr na pewien czas osłabł i wyszło słońce. Dalej chmury wróciły.
Przez kolejne godziny droga prowadziła w stronę Football Field, końcowego stromego podejścia i grani szczytowej. O 20:40 stanąłem z Agnieszką i Waldkiem na najwyższym punkcie Ameryki Północnej. Tabliczka szczytowa była zasypana. Zostały zdjęcia, nagrania, flaga i ogromna radość po całej drodze, która nas tu doprowadziła.
Nie chciałem jednak kończyć tej historii na zdjęciu ze szczytu. Podczas zejścia, na twardym i stromym trawersie, jedna z osób na naszej linie odpadła. Lina zatrzymała upadek. Musieliśmy zabezpieczyć sytuację i pomóc wrócić na trasę; wsparł nas również inny schodzący wspinacz. Był to bardzo poważny moment, przypominający, że po zdobyciu szczytu nadal jesteśmy wysoko i nadal musimy bezpiecznie wrócić.
Nasza lina dotarła do obozu około drugiej w nocy. Druga około 3:15. Dzień szczytowy trwał dla nas mniej więcej czternaście godzin.
Powrót też trzeba było wypracować
7 czerwca zeszliśmy do czwartego obozu. Chcieliśmy dotrzeć jeszcze niżej, ale po odebraniu depozytów i ocenie własnych sił zostaliśmy na noc. Następne etapy przyniosły silny wiatr, ograniczoną widoczność i ponowne zmagania z ciężkimi saniami. Lodowiec, przez który schodziliśmy, zmieniał się; droga znana z podejścia wymagała świeżej uwagi.
Na końcu czekało jeszcze podejście do bazy, Heartbreak Hill. Po tylu dniach nawet ten ostatni odcinek potrafił dać w kość. 9 czerwca wróciliśmy samolotem z lodowca do Talkeetny. Lot powrotny trwał 29 minut.



Talkeetna po powrocie - prysznic, rowery i pamięć o górach
Po powrotnym locie z lodowca odzyskaliśmy rzeczy zostawione w air taxi. Czekały też moje chipsy i Pepsi. Potem trzeba było znaleźć nocleg, umyć się i przebrać. Po wielu dniach życia w namiocie zwykły prysznic oraz jedzenie inne niż wyprawowe były prawdziwą przyjemnością. W Talkeetnie próbowaliśmy kolejnych rzeczy, często zamawiając więcej, niż byliśmy w stanie zjeść.
Podczas spaceru trafiliśmy na leśny cmentarz i miejsce upamiętniające ludzi, którzy zginęli na Denali (McKinley), Mount Hunter i Mount Foraker. Po własnej wyprawie nie była to dla nas przypadkowa tablica mijana przy drodze. Radość z powrotu spotkała się tu z pamięcią o tych, którzy z gór nie wrócili.
11 czerwca spędziliśmy dzień na rowerach w okolicach Talkeetny. Jeździliśmy między jeziorkami i po trasach, na których spotykaliśmy także spacerowiczów. Wyszło około 26 kilometrów. Po tygodniach ciągnięcia sań była to zupełnie inna forma ruchu, choć nadal nie potrafiliśmy długo usiedzieć w miejscu.
Anchorage i podróż na południe Alaski
12 czerwca wróciliśmy autokarem do Anchorage. Wyjechaliśmy z Talkeetny o 17:45, a około 21:00 byliśmy w apartamencie. Mimo późnej pory ruszyliśmy jeszcze na miasto coś zjeść. Następnego dnia ponownie wybraliśmy rowery - tym razem na dłuższą wycieczkę po Anchorage i okolicy.
Na ostatnią część podróży wypożyczyliśmy samochód i ruszyliśmy na południe. W planie znalazły się Whittier i Seward. Po długim pobycie w wysokich górach mogliśmy zobaczyć również nadmorską Alaskę i miejscowości, których nie poznalibyśmy, wracając do domu od razu po zejściu z Denali (McKinley).




Exit Glacier i ostatnie dni na Alasce
W okolicach Seward pojechaliśmy zobaczyć Exit Glacier. Tym razem oglądaliśmy lodowiec jako jeden z etapów zwiedzania, bez całego wyprawowego ładunku i kolejnych obozów przed sobą. Exit Glacier leży w Parku Narodowym Kenai Fjords i spływa z pola lodowego Harding Icefield. To właśnie ten lodowiec był naszym przystankiem podczas końcowej części podróży.
Po Whittier, Seward i wizycie przy lodowcu wróciliśmy do Anchorage. 16 czerwca dotarliśmy na lotnisko przed godziną 15:00; lot powrotny mieliśmy zaplanowany na 17:10. Tak zamknął się wyjazd rozpoczęty 23 maja.
Denali (McKinley) pozostaje sercem tej historii, ale cała Alaska to dla mnie znacznie więcej niż dzień szczytowy. Pamiętam zakupy i przygotowania w Anchorage, rozmowę z rangerami, mały samolot lecący nad górami, wspólną pracę w obozach, a potem rowery, odwiedzone miasta i Exit Glacier. Dopiero wszystkie te etapy razem składają się na wyprawę, którą po powrocie uważałem za najlepszą z dotychczasowych.
Zdjęcia przy opisach pokazują kolejne etapy wyprawy. Kliknij fotografię, aby zobaczyć pełny kadr.





Denali (McKinley) w czterech odcinkach
Pełna historia opowiedziana przeze mnie po powrocie, z nagraniami z samej wyprawy. Odcinki najlepiej oglądać po kolei.
1. Przygotowania i droga na Alaskę
2. Lodowiec, sanie i pierwsze obozy
3. Życie w obozie i aklimatyzacja
4. Dzień szczytowy i powrót
Prelekcja o Denali (McKinley)
Dłuższa opowieść o wyprawie podczas spotkania w Szamotułach.
Postaw mi kawę na szlak
Podobała Ci się ta historia? Pomóż mi przygotować kolejną wyprawę i relację.
Postaw mi kawę na szlak ☕Otwiera się w nowej karcie. Dobrowolne wsparcie przez Suppi – samodzielnie wybierasz kwotę.


























