Matterhorn, 4478 m n.p.m.

Matterhorn widziany z niższych partii podczas wyprawy Leszka Piszczyka

Sam zorganizowałem tę wyprawę. W górach szedłem bez przewodnika i bez pomocy agencji.

16 sierpnia 2025 roku stanąłem na Matterhornie, 4478 metrów nad poziomem morza. Weszliśmy granią Hörnli bez przewodnika i bez wcześniejszego noclegu w schronisku. Dopiero po trudnym, nocnym zejściu przespaliśmy się na podłodze Hörnlihütte. Po szwajcarskim wierzchołku przeszliśmy jeszcze granią do krzyża po stronie włoskiej.

4478 m n.p.m. • Szczyt: 16 sierpnia 2025 • Alpy Pennińskie • Bez przewodnika • Szwajcarski i włoski wierzchołek

Najpierw góra na horyzoncie

Do Zermatt dotarliśmy 15 sierpnia. Na zdjęciach z tego dnia Matterhorn pojawia się jeszcze za zabudowaniami, między drzewami i ponad zielonymi zboczami. Jego sylwetka towarzyszy nam podczas podejścia. Z bliska widać jednak coraz więcej szczegółów: skalne żebra, załamania grani i odległość, która dzieli dolinę od szczytu.

Pod wieczór chmury przesuwają się wokół wierzchołka. Robię kolejne zdjęcia góry. Następnego dnia ten sam krajobraz będziemy oglądać z zupełnie innego miejsca.

Matterhorn przed wejściem, 15 sierpnia 2025.
Podejście ulicami Zermatt przed wejściem na Matterhorn
Podejście ulicami Zermatt przed wejściem na Matterhorn
Leśna ścieżka z widokiem na Matterhorn
Leśna ścieżka z widokiem na Matterhorn
Matterhorn ponad Zermatt w dniu podejścia
Matterhorn ponad Zermatt w dniu podejścia
Wieczorne chmury wokół Matterhornu
Wieczorne chmury wokół Matterhornu

Świt na grani

16 sierpnia działamy już przed wschodem słońca. Ciemność stopniowo ustępuje, a za plecami pojawiają się rozświetlone pasma Alp. Na zdjęciach z poranka widać kaski, uprzęże i skalny teren. Zieleń z poprzedniego dnia została daleko niżej.

Świt podczas wejścia granią Hörnli.

To nie jest marsz, w którym wystarczy patrzeć przed siebie i trzymać równe tempo. Kolejne odcinki wymagają szukania przejścia, pracy rękami i uważnego stawiania nóg. Wokół skała, przestrzeń pod nogami i następny fragment grani. Aparat wyciągam tylko na chwilę, po czym wracamy do wspinania.

Przed świtem podczas wejścia na Matterhorn
Przed świtem podczas wejścia na Matterhorn
Skalny teren na grani Matterhornu
Skalny teren na grani Matterhornu
Wschód słońca nad Alpami podczas wejścia
Wschód słońca nad Alpami podczas wejścia
Uczestnik wyprawy na grani o poranku
Uczestnik wyprawy na grani o poranku
Panorama Alp i chmur z grani
Panorama Alp i chmur z grani

Krótki postój przy Solvay

Docieramy do schronu awaryjnego Solvay na wysokości około 4003 metrów. Za nami kolejne odcinki grani, wyżej widać innych wspinaczy, a obok schronu otwiera się rozległa panorama. Zatrzymujemy się tu krótko.

Za nami jest już duży kawałek drogi, ale wierzchołek nadal pozostaje wyżej. Z tej perspektywy dobrze widać, jak bardzo zmienia się skala góry: dolina staje się odległym tłem, a najważniejsze jest to, co znajduje się bezpośrednio przed nami.

Krótki postój przy schronie Solvay
Krótki postój przy schronie Solvay
Śnieżno-skalna grań szczytowa Matterhornu
Śnieżno-skalna grań szczytowa Matterhornu

4478 metrów i przejście do krzyża

Wyżej pojawia się śnieg, a skalna grań prowadzi ku wierzchołkom. 16 sierpnia staję na najwyższym punkcie Matterhornu, 4478 metrów nad poziomem morza. Dalej widać krzyż po włoskiej stronie - chcemy jeszcze do niego dojść.

„Mamy to!” - tyle wystarcza, żeby podsumować tę chwilę. Cieszymy się i rozglądamy po otaczających nas Alpach. Nie kończymy jednak na pierwszym wierzchołku. Przechodzimy granią ze szwajcarskiej strony do włoskiego wierzchołka z krzyżem.

Stajemy więc na obu wierzchołkach Matterhornu. Przy włoskim krzyżu oglądam się na grań, którą właśnie przeszliśmy. Jest czas na wspólne zdjęcia z flagą i chwilę zachwytu nad Alpami, ale przed nami wciąż cała droga w dół.

Zespół na grani szczytowej Matterhornu
Zespół na grani szczytowej Matterhornu
Zdjęcie przy krzyżu na włoskim wierzchołku
Zdjęcie przy krzyżu na włoskim wierzchołku
Flaga Żyj Aktywnie na Matterhornie
Flaga Żyj Aktywnie na Matterhornie

Zejście i pomoc Pawłowi

Radość ze szczytu nie zamykała tego dnia. Na oblodzonym zejściu robiliśmy zjazdy na linie, a niżej, przy poręczówkach, spotkaliśmy dwójkę naszych znajomych, którzy wcześniej podchodzili wolniej. Zawracali już bez wejścia na szczyt. Paweł potrzebował pomocy w zejściu. Zabraliśmy jego plecak, żeby go odciążyć, i pomagaliśmy mu dotrzeć do Solvay.

Schodzenie zajęło nam dużo czasu. Ostatecznie ta dwójka została na noc w schronie awaryjnym. Zostawiliśmy im nasze ciepłe ubrania, jedzenie i picie. My ruszyliśmy dalej w dół, już bez tych zapasów. Dzień się kończył, a do schroniska wciąż było daleko.

Panorama podczas zejścia z Matterhornu
Panorama podczas zejścia z Matterhornu

Nocna burza, folia NRC i odnalezione zejście

Niżej złapały nas ciemność i burza. Padał deszcz, grzmiało, doszła mgła. Przy dużym kopczyku utknęliśmy w miejscu, w którym nie potrafiliśmy odnaleźć dalszego zejścia. Później dowiedzieliśmy się, że to trudny punkt orientacyjny, opisany nawet w schronisku. Tamtej nocy mokra skała, mgła i światło czołówek nie ułatwiały szukania drogi.

Był tam już trzyosobowy zespół polsko-niemiecki: dwóch Polaków i jeden Niemiec. Oni również szukali zejścia. Mieli kontakt z Hörnlihütte i czekali na pomoc przewodnika, który miał wyruszyć, kiedy burza osłabnie.

Postanowiliśmy przeczekać najgorszy moment. Powyciągaliśmy folie NRC i osłony ratunkowe. Ja miałem śpiwór ratunkowy, druga ekipa miała również namiot ratunkowy. Schowaliśmy się przed deszczem. Było zimno, szczególnie że nasze ciepłe rzeczy zostały wyżej, u dwójki znajomych w Solvay. Przez około pół godziny czekaliśmy, aż pogoda pozwoli znów poszukać drogi.

Kiedy deszcz przestał padać, ponownie zaczęliśmy szukać przejścia. Tym razem udało się odnaleźć zejście. Zaproponowaliśmy zespołowi polsko-niemieckiemu, żeby szedł z nami. Powiadomili schronisko, że schodzą razem z nami i przewodnik nie musi już po nich wychodzić.

Dalej schodziliśmy wspólnie w ciemności. Do Hörnlihütte dotarliśmy przed północą. Dopiero tam mogliśmy usiąść i naprawdę odpocząć. Chłopaki z drugiej ekipy dziękowali nam za sprowadzenie. Przynieśli nam też picie i coś do jedzenia. Po tym wszystkim taki zwykły gest znaczył bardzo dużo.

Chmury podczas wieczornego zejścia, 16 sierpnia
Chmury podczas wieczornego zejścia, 16 sierpnia
Pod folią NRC podczas nocnego zejścia
Pod folią NRC podczas nocnego zejścia

Noc w Hörnlihütte i powrót do doliny

Początkowo chcieliśmy tylko chwilę odpocząć, a później zejść jeszcze po pozostawiony niżej sprzęt biwakowy. Zostaliśmy jednak w Hörnlihütte. Część z nas ułożyła się na połączonych miejscach siedzących, ja z kolegą położyłem się na podłodze. Po tej nocy na grani właśnie tam wreszcie zasnęliśmy.

Nikt nas nie budził ani nie robił problemu z tego noclegu. Rano schronisko nie chciało od nas żadnej opłaty. Kupiliśmy śniadanie i dopiero podczas rozmów dowiedzieliśmy się, że z dołu obserwowano nasze czołówki i to, jak poruszaliśmy się na górze. Nasze nocne szukanie drogi było widoczne także dla ludzi w schronisku.

To ważne dopowiedzenie do opisu wejścia: nie nocowaliśmy w schronisku przed atakiem szczytowym, ale po burzy i wspólnym zejściu spędziliśmy w nim noc. Ten nieplanowany odpoczynek stał się częścią całej historii.

17 sierpnia zeszliśmy po sprzęt biwakowy, a później w stronę Zermatt. Wróciliśmy na ścieżki prowadzące wśród zieleni, obok niewielkiego jeziora. Matterhorn znów miał znajomą sylwetkę ponad doliną, ale za tym konturem widziałem już cały poprzedni dzień: świt, Solvay, oba wierzchołki, pomoc Pawłowi i nocną burzę.

Wciąż myśleliśmy o dwójce, która została w Solvay. Próbowaliśmy się z nimi skontaktować. W końcu dostaliśmy wiadomość, że bezpiecznie schodzą. Czekaliśmy na nich, żeby wrócić do domu.

Schronisko i Matterhorn podczas powrotu
Schronisko i Matterhorn podczas powrotu
Jezioro na trasie powrotnej w rejonie Zermatt
Jezioro na trasie powrotnej w rejonie Zermatt

Więcej niż zdjęcie ze szczytu

Matterhorn był spełnieniem marzenia o legendarnej alpejskiej górze. Zostały zdjęcia ze szczytu, flaga i radość przy krzyżu. Ale kiedy wracam pamięcią do tej wyprawy, równie wyraźnie widzę ludzi: Pawła, któremu pomagaliśmy zejść, trzyosobowy zespół spotkany w burzy i osoby, które przyjęły nas w schronisku.

Najwyższy punkt osiągnęliśmy za dnia. Cała historia skończyła się dopiero wtedy, gdy wiedzieliśmy, że wszyscy bezpiecznie wracają.

Postaw mi kawę na szlak

Podobała Ci się ta historia? Pomóż mi przygotować kolejną wyprawę i relację.

Postaw mi kawę na szlak ☕

Otwiera się w nowej karcie. Dobrowolne wsparcie przez Suppi – samodzielnie wybierasz kwotę.