Na Araracie korzystaliśmy z pomocy miejscowego przewodnika.
Dziesięć osób, dwa samochody i cztery bardzo różne góry. W majówkę 2023 połączyliśmy Mahya Dağı, Ararat, Korab i Dinarę w jedną podróż. Zanim jednak stanęliśmy na śniegu ponad chmurami, musieliśmy poradzić sobie z czymś znacznie mniej widowiskowym: korkami, opóźnieniami i zmianą lotów na ostatnią chwilę.
Z Gliwic do Stambułu – plan zmieniany w drodze
Ruszaliśmy z Polski własnymi samochodami. Wyjechaliśmy z Gliwic, a na parkingu w Myślenicach mieliśmy spotkać drugi samochód i pozostałą część ekipy. Razem było nas dziesięcioro. Czekał nas długi przejazd do Stambułu, skąd mieliśmy polecieć dalej do Van.
Kłopoty zaczęły się jeszcze przed spotkaniem całej grupy. Zamknięcie A4 i problemy z przejazdem sprawiły, że już w Myślenicach mieliśmy około trzech godzin opóźnienia. Później doszło wielogodzinne oczekiwanie na granicy. Stało się jasne, że na zaplanowany wieczorny lot do Van nie zdążymy.
W kolejce granicznej zamiast myśleć o górach, szukałem ratunku dla dalszej podróży. Celniczka udostępniła nam internet, dzięki czemu mogłem zająć się odwołaniem dotychczasowych lotów i znalezieniem nowych. Udało się: rano mogliśmy polecieć do Iğdır. Zmieniło się jednak nie tylko połączenie, lecz także lotnisko, z którego ktoś musiał nas odebrać.
Skontaktowałem się więc z przewodnikiem, z którym mieliśmy iść na Ararat. Na szczęście odbiór z Iğdır zamiast z Van nie stanowił problemu. Plan udało się uratować, choć oznaczało to noc na lotnisku i mniej czasu na odpoczynek przed górskim etapem.
28-29 kwietnia – Mahya Dağı i początek majówki
Ta podróż zaczęła się na długo przed pierwszym szczytem. Wyruszyliśmy 28 kwietnia, a kolejne godziny spędziliśmy w samochodzie, na autostradach, przy granicach i na postojach. Przed nami była długa majówka: Mahya Dağı, Ararat, a później jeszcze Korab i Dinara. Pierwszy etap prowadził nas do europejskiej części Turcji.
Długa droga i nocne żarty
W samochodzie szybko zrobiło się wyprawowo. Bagaże wypełniały przestrzeń za siedzeniami, za oknem przesuwały się równiny i zabudowania, a po drodze zmieniało się światło: od popołudniowego słońca, przez noc, aż po kolejny świt. Samochód miał oznaczenie „Ararat Expedition 2023”, więc główny cel tej podróży towarzyszył nam już w drodze.
Na jednym z nocnych postojów urządziliśmy sobie małą porcję ruchu: pompki, deskę i sporo śmiechu. Była też maska czaszki, która pojawiła się później w samochodzie. Takie drobiazgi dobrze oddają atmosferę początku wyjazdu – jeszcze przed śniegiem, nocnym atakiem szczytowym i zmęczeniem na Araracie.



Zielone wzgórza europejskiej Turcji
29 kwietnia dotarliśmy w okolice Mahya Dağı. Otaczały nas zielone wzgórza, rozległe doliny i drzewa z wiosennymi liśćmi. Tuż przy drodze pasły się zwierzęta. Między łąkami i zalesionymi zboczami otwierały się kolejne widoki, a nad nimi było niebieskie niebo z jasnymi chmurami.
Ten pierwszy górski dzień miał zupełnie inne barwy niż następna część majówki. Chodziliśmy jeszcze w lekkich ubraniach; na zdjęciach widać krótkie spodenki, zieloną trawę i ciepłe późnopopołudniowe światło. Za kilka dni najważniejszą częścią naszego krajobrazu miały stać się śnieg, chmury i białe zbocza Araratu.







Mahya Dağı w wieczornym świetle
Górną część wzgórza łatwo rozpoznać po instalacjach: antenach, masztach i dużej jasnej kopule. Droga prowadzi obok tych zabudowań, a dookoła rozciąga się panorama kolejnych pasm i dolin. Razem stanęliśmy przy masztach, później oglądaliśmy jeszcze okolicę od strony otwartych zboczy.
Najwyższego punktu szukałem poza ogrodzonym terenem instalacji. Wypatrzyłem tam fragment wzniesienia, który wydawał mi się wyższy niż miejsce przy samych zabudowaniach, i podszedłem jeszcze na niego.
Słońce było już nisko. Oświetlało trawę na pierwszym planie, a dalsze wzgórza układały się w kolejne, coraz bardziej niebieskie warstwy. Udało się zdobyć pierwszy cel tej podróży. Było wspólne zdjęcie ekipy, kilka chwil na widoki i radość z rozpoczętej majówki.







Posiłek i następny etap
Wieczorem przejeżdżaliśmy przez miasto i usiedliśmy razem do posiłku. Po długiej drodze i pierwszym górskim dniu znów zebraliśmy się przy jednym stole. Podróż trwała dalej: następnego dnia zaczynała się już część związana z Araratem, przelotami i dotarciem pod tę górę. Mahya Dağı pozostała zielonym, słonecznym początkiem znacznie bardziej zróżnicowanego wyjazdu.



Ararat (Ağrı Dağı) – śnieg, pierwszy obóz i szczyt ponad chmurami
Na Ararat przyjechaliśmy z planem, który po drodze zdążył się już kilka razy zmienić. Po opóźnieniach na trasie, zmianie lotów i nocy na lotnisku nad ranem polecieliśmy do Iğdır. Przewodnik odebrał nas z lotniska i zawiózł do hotelu. Zostawiliśmy rzeczy, przygotowaliśmy górski bagaż i ruszyliśmy pod masyw. Odpoczynek po podróży musiał poczekać: tego samego dnia czekało nas podejście do pierwszego obozu.
Ararat, po turecku Ağrı Dağı, ma 5137 m i jest najwyższym szczytem Turcji. Z daleka wydaje się spokojną, rozległą górą. W czasie tej wyprawy spokojne były przede wszystkim widoki z dołu. Wysoko leżało dużo świeżego śniegu, a prognoza i warunki wymuszały ostrożne podejście do dalszego planu. Już podczas pierwszej rozmowy przewodnik powiedział nam, że od miesiąca nikomu nie udało się wejść na szczyt. Chciał, żebyśmy brali pod uwagę powrót bez wierzchołka. My przyjechaliśmy z zamiarem wejścia, ale o tym, jak będzie wyglądać dalsza droga, miały zdecydować kolejne dni na górze.
30 kwietnia – od zielonych stoków do śniegu i namiotów
Początek podejścia zupełnie nie przypominał późniejszego dnia szczytowego. Była zieleń, szerokie widoki na dolinę i kamienista droga. Wśród uczestników i bagażu pojawiały się zwierzęta wykorzystywane do transportu. Na zdjęciach z dołu śnieżny masyw jest jeszcze tłem, a nie terenem, w którym spędzamy większość dnia.
Z wysokością krajobraz stopniowo się zmieniał. Między skałami i ziemią przybywało białych płatów. Wyżej śnieg przestał być tylko dodatkiem do wiosennego stoku: obejmował już coraz większą część drogi. Dobrze widać ten kontrast w kolejnych kadrach – zielone podnóże, kamieniste podejście, a później ludzie idący po śniegu pod cięższymi chmurami.




Obóz 1 – nasze noclegi na około 3400 m
Pierwszy obóz stał się bazą całego górskiego etapu. Wróciliśmy do niego po aklimatyzacji, z niego ruszyliśmy nocą na szczyt i przy jego namiotach zakończyliśmy właściwy dzień szczytowy. Po długiej podróży i podejściu mogliśmy wreszcie usiąść przy wspólnym stole. Duży, niebieski namiot jadalniany, posiłek i rozmowy z ekipą były tak samo częścią wyprawy jak późniejsze panoramy.
Nasz obóz leżał na około 3400 m. Wieczorem z okolic namiotów widać było śnieżny stok i światła daleko w dolinie. Przez chwilę można było oglądać górę bez konieczności stawiania kolejnego kroku pod górę. Te widoki, kolacja i odpoczynek w namiocie zostały na zdjęciach obok późniejszych ujęć ze szczytu.
Standardowo wyższy obóz planuje się w okolicach 4200 m. Podczas naszej wyprawy nie udało się go rozbić: warunki i ilość świeżego śniegu były zbyt złe. To ważna różnica między typowym schematem wejścia a naszym wyjazdem. Na szczyt mieliśmy ruszyć z obozu pierwszego, znacznie niżej. Zamiast krótszego wyjścia z wysokiego obozu czekało nas bardzo długie podejście i powrót tego samego dnia.
1 maja – aklimatyzacja w głębokim śniegu
Następnego dnia wyszliśmy wyżej na aklimatyzację. Towarzyszył nam jeden z pracowników głównego przewodnika. Chmury, śnieg i niewielka widoczność sprawiły, że zupełnie inaczej oglądało się górę niż podczas pierwszego podejścia. Na zdjęciach często zostaje tylko biały stok, pojedyncze skały i sylwetki ludzi idących w górę.
W głębokim śniegu pojawiła się różnica zdań co do dalszego wyjścia. Towarzyszący nam przewodnik chciał zawracać, a nam zależało na podejściu wyżej. Wyszliśmy na przód i zaczęliśmy torować. Przez pewien czas szedł za nami, jednak w okolicach 3800 m ponownie powiedział, że dalej nie pójdzie.
W tym śnieżnym dniu był też lżejszy moment. Podczas postoju jeden z uczestników mył zęby, podczas gdy dalej na stoku grupa torowała drogę. Nagrałem ten krótki obrazek z aklimatyzacji: dookoła biel i chmury, a w środku zwykła codzienna czynność na wysokości około 3800 m.
Zadzwoniliśmy do głównego przewodnika. Naszym celem na ten dzień było dojście do około 4400-4500 m. Po rozmowie ruszyliśmy jeszcze kawałek razem, ale ostatni odcinek aklimatyzacji przeszliśmy samodzielnie. Ostatecznie dotarliśmy do około 4400 m. Nie było tu noclegu ani drugiego obozu – było wyjście w górę i powrót do tej samej bazy.
Przy zejściu nie zastaliśmy przewodnika w miejscu, w którym wcześniej się rozdzieliliśmy. Wrócił do obozu przed nami, więc zeszliśmy sami. Na dole odbyła się stanowcza rozmowa o przebiegu tego dnia i dalszym planie. Po odpoczynku mieliśmy ruszyć tej samej nocy na szczyt.
2 maja – nocne wyjście i światło nad morzem chmur
Przygotowania odbywały się jeszcze w ciemności. Namiot, posiłek, czołówki, a później grupa idąca po śniegu – początek dnia nie miał wiele wspólnego z fotografiami ze słonecznego szczytu. Tygrys po aklimatyzacji nie wyruszył z nami na atak szczytowy. Pozostali zbierali się do długiej drogi z pierwszego obozu.
Po nocnym starcie stopniowo zaczęło się rozjaśniać. Najpierw pojawiła się jasna linia na horyzoncie, później kolor wszedł na śnieg. Poniżej rozciągało się morze chmur. Ślad na zboczu i ludzie idący nad chmurami odcinali się od ogromnej przestrzeni, która chwilę wcześniej była ukryta w ciemności.
Zimno mocno dawało się we znaki. Tomkowi bardzo marzły ręce, więc na początku oddałem mu swoje rękawiczki. Kiedy zrobiło się jeszcze zimniej, sam musiałem je założyć. Tomek ostatecznie zawrócił i tego dnia nie stanął na wierzchołku. Piękny świt nie zmieniał warunków w łatwe; każdy nadal musiał radzić sobie z własnym wysiłkiem i zimnem.
Wyżej niż podczas aklimatyzacji – i wciąż daleko do końca
Około 6:30 byliśmy na mniej więcej 4430 m, już wyżej niż podczas poprzedniego wyjścia aklimatyzacyjnego. Sam szczyt nie był jeszcze widoczny. Śnieżne zbocze ciągnęło się dalej, a szerokie widoki mogły na chwilę odciągnąć uwagę od tego, ile podejścia jeszcze zostało.
Jedna z uczestniczek bardzo marzła. Przewodnik został z nią z tyłu i pomagał jej kontynuować wejście. Nasza siedmioosobowa grupa szła dalej. Miałem zapisany ślad trasy i mapę w zegarku; korzystaliśmy z nich podczas podejścia na wierzchołek.
Ararat (Ağrı Dağı) – 2 maja 2023, około 10:16
Około 10:16 byliśmy już na szczycie. Mamy Ararat! Nad nami było błękitne niebo, pod nami chmury i śnieżny masyw. Po wszystkich zmianach planu, nocy na lotnisku, trudnej aklimatyzacji i długim podejściu mogliśmy wreszcie zatrzymać się na wierzchołku.
Śnieżny wierzchołek wznosił się nad chmurami. Zrobiliśmy wspólne zdjęcie z polską flagą; obok zostały ujęcia panoramy i samego terenu na szczycie. Podczas filmowania można było objąć wzrokiem całą przestrzeń, znacznie szerszą niż to, co mieści się na jednym zdjęciu.
Uczestniczka, która podchodziła z przewodnikiem, również później dotarła na szczyt. Z dziesięcioosobowej ekipy na wierzchołku stanęło osiem osób. Według informacji, które wcześniej przekazał nam przewodnik, byliśmy pierwszą ekipą po miesięcznej przerwie. Nie wszyscy przeżyli ten dzień tak samo; za wspólnym zdjęciem kryły się także decyzje o odwrocie, zimno i bardzo różne zapasy sił.
Zejście – słońce nie zostało z nami do końca
Szczyt nie kończył drogi. Na zejściu pogoda zaczęła się zmieniać: wróciły chmury i silny wiatr. Krajobraz, który rano oglądaliśmy pod błękitnym niebem, znowu znikał we mgle. W kolejnych zdjęciach widać, jak biały teren traci wyraźne granice, a ludzie stają się drobnymi punktami na zboczu.
Zmęczenie narastało. Pod koniec brakowało nam sił, choć do obozu zostało już niewiele. Dopiero przy namiotach mogliśmy naprawdę odetchnąć. Radość na wierzchołku i mozolny powrót wydarzyły się tego samego dnia; bez pokazania obu części ta relacja byłaby niepełna.
Po odpoczynku pozostało zejście z obozu do dolnej części masywu. Powoli wracały kamienie, ziemia i zieleń. Jeszcze tego samego dnia zmieniliśmy śnieżne zbocza na drogę i posiłek po powrocie. Zdjęcia z tej końcówki pokazują Ararat z dużo łagodniejszej strony, choć w nogach nadal zostawał cały wysiłek wejścia.
3 maja – Doğubayazıt i pałac İshaka Paszy
Wyjazd nie składał się wyłącznie z podejścia i zejścia. Następnego dnia byliśmy już w zupełnie innym otoczeniu: kamienne przejścia, dziedzińce i zdobione portale pałacu İshaka Paszy. Po bieli śniegu znów pojawiły się kolory ziemi, skał i miasta. Położenie pałacu na tle gór było tak samo warte pokazania jak jego wnętrza.
Przeszliśmy między kamiennymi murami, przez dziedziniec i do wnętrza meczetu. Nad wejściami widać było zdobione portale, a z otoczenia pałacu szeroki krajobraz doliny i skalistych wzgórz. Później w centrum Doğubayazıt oglądaliśmy miejskie ulice i meczet, a Ararat przez cały czas pozostawał blisko – widoczny ponad zabudową.
Wieczorem śnieżny masyw oglądany z miasta wyglądał znów spokojnie. Można było fotografować go w zmieniającym się świetle i bez plecaka na ramionach. My znaliśmy już wysiłek, którego z tej perspektywy nie było widać. Widok z dołu i panorama ze szczytu stały się dwiema częściami tej samej historii.




4 maja – ostatnie spojrzenie na Ararat i dalsza droga
Rano góra ponownie przyciągała wzrok. Na zdjęciach z Doğubayazıt widać Ararat przed i po wschodzie słońca, ponad ulicami i budynkami. Po późniejszym przejeździe zmieniliśmy perspektywę jeszcze raz: oglądaliśmy masyw z drogi, zatrzymaliśmy się nad jeziorem, a po lotnisku przyszły widoki z samolotu.
Ararat był najdłuższą i najbardziej zimową częścią tej majówki, ale nie ostatnim celem. Wracaliśmy do samochodów i dalszego planu: przed nami pozostawały Korab i Dinara. Zielone wzgórza Mahya Dağı, śnieg nad chmurami na Araracie i kolejne góry układały się w jedną podróż, której nie dałoby się opowiedzieć samą listą zdobytych szczytów.
5 maja – Korab, od zielonej doliny do śnieżnego szczytu
Po Araracie i kolejnych etapach podróży znów znaleźliśmy się pod górą. Tym razem czekał Korab. Dotarliśmy pod trasę około czwartej nad ranem, po długim dojeździe i ostatnim odcinku trudnej drogi. Kilka godzin później było już jasno, przy samochodzie przygotowywaliśmy śniadanie, a wokół nas zaczynał się kolejny górski dzień.
Kawa, śniadanie i zmieniony plan
Poranek miał bardzo wyprawowy charakter: otwarty bagażnik, plecaki, sprzęt, gotowanie i kawa na świeżym powietrzu. Wśród śniadaniowych propozycji pojawiły się owsianka kokosowa z jagodami oraz schabowy z ziemniakami w sosie z zielonym pieprzem. Po nocnym dojeździe zbieraliśmy się do następnego wyjścia.
Podczas powrotu z Turcji chcieliśmy wejść również na Olimp. Świeży śnieg zmienił jednak plan. W nagraniu z podejścia na Korab wyjaśniam, że Olimp został zasypany po opadach z ostatnich dni, więc tym razem go odpuszczamy. Na kolejny dzień wybraliśmy Dinarę, której wcześniej nie było w tym planie podróży. Olimp poczekał na czerwcowy wyjazd.
Przed wyjściem stanęliśmy razem do zdjęcia. W dolinie było zielono, a nad lasem i trawiastymi zboczami otwierało się niebieskie niebo z jasnymi chmurami. Po białym, surowym Araracie zaczynaliśmy ten dzień w zupełnie innym krajobrazie.







Od wiosny w dolinie do śniegu
Początkowo szliśmy przez szeroką, zieloną dolinę. Wyżej pojawiały się coraz większe płaty śniegu, a pomiędzy nimi nadal odsłaniała się trawa. Mijaliśmy niewielki kamienny budynek i oglądaliśmy się na dolinę za plecami. Na jej zboczach dobrze było widać granicę między wiosenną zielenią a śniegiem zalegającym wyżej.
Z czasem śnieg wypełnił już większą część otoczenia. Przed nami ciągnęły się wydeptane ślady, ponad nimi wyrastały skały i kolejne zaśnieżone zbocza. Były miejsca na krótki postój i szerokie panoramy, w których dolina układała się pod nami w coraz bardziej odległy krajobraz.








Kolejne wzniesienia i zmieniające się chmury
Górna część drogi prowadziła przez śnieżne stoki i skaliste odcinki. Chmury przesuwały się nad górami: raz nad nami było mocne niebieskie niebo, za chwilę dalsze zbocza znikały w bieli. W jednym z nagrań mówię o kolejnym wzniesieniu i zejściu przed dalszym podejściem – szczyt nie pojawił się od razu za pierwszą górką.
Szliśmy dalej w grupie, chwilami rozciągniętej na śnieżnym odcinku trasy. W skałach i na grzbiecie były jeszcze otwarte widoki, ale bliżej celu weszliśmy w chmury. Ostatnie zdjęcia z podejścia pokazują już szare otoczenie, w którym śnieg i niebo prawie zlewają się ze sobą.







Korab w chmurach
Na szczycie czekało oznaczenie mocno otoczone śniegiem. Rozległa panorama, którą oglądaliśmy wcześniej z trasy, tym razem schowała się w chmurach. Był za to kolejny zdobyty cel majówki, wspólne zdjęcie ekipy i chwila przy szczytowym znaku.
Ten dzień dobrze pokazał, jak wiele krajobrazów może zmieścić się w jednym wejściu: zielona dolina na początku, szerokie śnieżne pola wyżej i niemal jednolite, białe otoczenie przy samym szczycie.




Z powrotem w stronę zieleni
Wracaliśmy początkowo przez śnieg i chmury. Niżej widoki znowu się otworzyły: ponad śnieżnymi zboczami pojawiły się błękitne fragmenty nieba, a dalej widać było zieloną dolinę i kolejne pasma.
Powrót nie składał się wyłącznie z zejścia. Na jednym z odcinków czekał nas jeszcze fragment podejścia – po zdobytym szczycie trzeba było znów popracować pod górę.
Na zejściu spotkaliśmy też innych Polaków. Wymieniliśmy pozdrowienia i życzenia szczęśliwego powrotu. Między chmurami, śniegiem i dalszą drogą do samochodu znalazła się więc również chwila na krótkie, miłe spotkanie.
Przy drodze rosły fioletowe wiosenne kwiaty, tuż obok płatów śniegu. Ten niewielki fragment krajobrazu świetnie zamykał cały dzień – po zimowym otoczeniu wysoko na Korabie wracaliśmy do wiosny. Kolejnym górskim rozdziałem majówki miała być już chorwacka Dinara.






6 maja – od chorwackiego wybrzeża na Dinarę
Dinara była ostatnim górskim celem tej majówki. Dzień wcześniej na Korabie szliśmy przez śnieg i chmury, a 6 maja zaczęliśmy nad spokojnym morzem. Kilka godzin później znów byliśmy na trasie: tym razem pośród trawy, białych skał i szerokich widoków chorwackich gór.
Poranek nad wodą
Po porannym postoju zeszliśmy w stronę wybrzeża. Między drzewami otwierała się spokojna, błękitna woda, a nad nadmorskimi zabudowaniami wyrastały strome góry. Przy skalistym brzegu morze było bardzo przejrzyste – pod powierzchnią dobrze było widać kamienie.
Usiedliśmy na skałach nad wodą, stanęliśmy razem do zdjęcia, a później zebraliśmy się przy stoliku z widokiem na morze. Był wspólny posiłek i chwila przed kolejnym etapem podróży. Mieliśmy przed sobą ostatni szczyt tej majówki, a później drogę do domu.








Kamienista droga i ruiny przy trasie
Popołudniowe podejście zaczęło się w zielonym, kamienistym otoczeniu. Między trawami leżały jasne skały, ponad doliną układały się kolejne zbocza, a nad nimi płynęły duże białe chmury. Mijaliśmy kamienne ruiny, które później zobaczyliśmy ponownie w drodze powrotnej.
Wyżej teren stopniowo się otwierał. Za plecami rozciągała się dolina, przed nami pojawiały się następne odcinki skalistego podejścia. Szliśmy w lekkich ubraniach, z plecakami i kijami. Ten górski dzień znów miał zupełnie inne barwy niż wczorajszy Korab: więcej zieleni i jasnych skał, a mniej szerokich, białych pól śniegu.








Wysoko ponad doliną
Górna część trasy prowadziła pośród białych skał, niskich drzew i otwartych zboczy. Chwilami wchodziliśmy w bardziej zacienione miejsca, po czym znowu wychodziliśmy na szerokie widoki. Im wyżej się znajdowaliśmy, tym więcej otaczających pasm i dolin było widać za nami.
Pod szczytem minęliśmy kierunkowskaz. Dalej czekał już skalisty wierzchołek z charakterystycznym czerwonym oznaczeniem, flagą i krzyżem. Po kilku różnych krajobrazach tego dnia dotarliśmy do ostatniego górskiego punktu majówki.







Flaga, krzyż i rozległe widoki
Na Dinarze widoki były otwarte. Dookoła rozciągały się góry i doliny, a w zagłębieniach zboczy nadal było widać płaty śniegu. Stanąłem z chorwacką flagą przy oznaczeniu szczytu, później oglądaliśmy jeszcze okolicę od strony krzyża.
Obok znajduje się niewielka czerwona budka. Zajrzałem do środka: na ścianach było wiele naklejek, a przez małe okno wpadało światło. Z zewnątrz czerwony kolor mocno odcinał się od jasnych skał i błękitnego nieba. Ten punkt, krzyż i panorama dobrze oddają wygląd wierzchołka Dinary.
Był czas na zdjęcia i obejrzenie otaczających pasm z różnych stron. Po Mahya Dağı, Araracie i Korabie mogliśmy dopisać kolejny szczyt do tej samej podróży.








Wieczorne zejście
Wracaliśmy przez otwarte zbocza i kamienisty teren. Słońce robiło się coraz niższe, cienie wydłużały się na trawie, a krajobraz nabierał cieplejszych barw. Przy trasie były jeszcze płaty śniegu, dalej znów dominowały zielone stoki.
Po drodze minęliśmy kolejny kamienny budynek i zajrzeliśmy do jego wnętrza. Były tam drewniane elementy konstrukcji, ławki i surowe, skaliste otoczenie. Niżej wróciły znane z początku wejścia ruiny – tym razem już w łagodnym, wieczornym świetle.








Cztery szczyty i powrót
7 maja trwała już droga powrotna. Zatrzymaliśmy się jeszcze na wspólny posiłek, po którym podróż zbliżała się do końca. Od 28 kwietnia przeżyliśmy znacznie więcej niż cztery wejścia: długie dojazdy, granice, przeloty, zmiany planu, nocny atak na Ararat, śnieg na Korabie i słoneczną Dinarę.
Każdy z tych górskich dni miał własny krajobraz i tempo. Zielone Mahya Dağı, wysoki Ararat, śnieżny Korab i skalista Dinara były kolejnymi rozdziałami tej samej majówki.
Relacja z majówki 2023. Wysokość Araratu według regionalnego urzędu turystyki w Iğdır. Opis dotyczy warunków podczas naszego wyjazdu.
Postaw mi kawę na szlak
Podobała Ci się ta historia? Pomóż mi przygotować kolejną wyprawę i relację.
Postaw mi kawę na szlak ☕Otwiera się w nowej karcie. Dobrowolne wsparcie przez Suppi – samodzielnie wybierasz kwotę.




































































