Wyjazd przygotowaliśmy we własnej ekipie. Korzystaliśmy z logistyki INKA, między innymi transportu bagażu mułami i zaplecza obozowego; wyżej rozstawialiśmy własne namioty i przygotowywaliśmy wodę oraz posiłki.
24 stycznia 2025 stanąłem na Aconcagui, 6962 metry nad poziomem morza. Za zdjęciem ze szczytu kryje się jednak cała wielka wyprawa: długa podróż do Ameryki Południowej, czternaście dni w górach, życie w namiotach, wynoszenie depozytów i przenoszenie obozów. Po zejściu nie skończyliśmy od razu – został jeszcze cały dzień na Cerro Bonete z Piotrkiem i Pawłem, a później Mendoza oraz Buenos Aires.
W górskiej części wyjazdu byliśmy w piątkę: ja, Piotrek, Paweł, Ola i Arek. Nie każdy odcinek szliśmy tym samym tempem. W filmach często żartujemy z naszej wolniejszej trójki, podczas gdy Ola i Arek idą przodem. Wspólna jest jednak cała droga: spotkania w obozach, przerwy, przepakowania i kolejne etapy pod Aconcaguą.
Część górska trwała od 14 do 27 stycznia 2025. Cały wyjazd, razem z dojazdem, pobytem w Argentynie po zejściu i powrotem do Polski na początku lutego, był znacznie dłuższy niż dwa tygodnie. Poniżej jest historia kolejnych dni – również tych, w których celem było wysuszyć rzeczy, zrobić wodę i spokojnie przeczekać pogodę.
Droga do Argentyny i przygotowania pod Aconcaguą
Zanim zobaczyliśmy Aconcaguę z bliska, była długa podróż przez Istambuł i São Paulo, lot do Santiago oraz przejazd przez Andy do Mendozy. Na pierwszych zdjęciach są lotniska, samoloty, chmury pod skrzydłem i droga przecinająca górskie doliny. Trudno o większą zmianę otoczenia niż przejście od zimowego wylotu z Europy do południowoamerykańskiego lata.
Przejazd przez góry był częścią tej wyprawy od samego początku. Z okien oglądaliśmy zbocza, serpentyny i długie odcinki drogi pomiędzy masywami. Dopiero później pojawiła się Mendoza, miejskie ulice i przygotowania do wyjazdu w teren. W zdjęciach z 13 stycznia zostają też Penitentes: budynki pod górami, plecaki i ostatni etap przed ruszeniem pieszo.
Puente del Inca nie było tylko miejscem po drodze. Tutaj przed wejściem dzieliliśmy sprzęt na rzeczy niesione w plecakach oraz bagaż jadący mułami do Plaza de Mulas. W nagraniach pokazuję skrzynki, jedzenie, napoje i sprzęt górski. Trzeba było jeszcze raz wszystko przejrzeć i przepakować, żeby potrzebne rzeczy znalazły się we właściwym miejscu.
Korzystaliśmy z logistyki INKA, między innymi transportu bagażu mułami oraz zaplecza w obozach. Wyżej mieliśmy własne namioty i sami zajmowaliśmy się ich rozstawieniem, wodą oraz jedzeniem. To ważna część prawdziwego obrazu wyjazdu: są zarówno własne ciężkie plecaki, jak i usługi, bez których organizacja obozowego życia wyglądałaby inaczej.
14-15 stycznia – Confluencia i Plaza Francia
14 stycznia ruszamy do Confluencii. Po przepakowaniu przychodzi wreszcie marsz: sucha dolina, woda przecinająca kamienisty teren, fragmenty zieleni i wielkie zbocza dookoła. Aconcagua pojawia się w kolejnych kadrach, a ja co chwilę zatrzymuję się z aparatem. W komentarzach do filmów słychać przede wszystkim zachwyt – trudno się napatrzyć na te góry.
Mijamy muły, robimy pierwsze postoje i idziemy dalej w stronę obozu. W jednym z nagrań przedstawiam naszą ekipę na ścieżce. W innym mówię, że do Confluencii zostało już niewiele. To początek dłuższej drogi, ale już tutaj widać jej rozmiar: otwarta przestrzeń, małe sylwetki ludzi i góra, na której chcemy stanąć za wiele dni.
Po dojściu poznajemy obóz. Pokazuję miejsce spotkań, kuchnię, wodę i namioty. Są posiłki, odpoczynek oraz rozkładanie rzeczy na noc. Jeszcze tego dnia opowiadam o najbliższym planie: następnego ranka wyjdziemy w kierunku Plaza Francia, obejrzymy wielką ścianę i wrócimy tutaj. Dopiero później przeniesiemy się do Plaza de Mulas.
15 stycznia idziemy na aklimatyzacyjne wyjście do Plaza Francia. Ola i Arek ruszają szybciej, a my we trzech zostajemy nieco z tyłu. Żartujemy z wieku i tempa, robimy fotografie oraz oglądamy dolinę. Woda ma miejscami intensywny kolor od niesionego materiału; ponad nią są jasne skały, lodowe fragmenty i wielka południowa ściana Aconcagui.
Ściana raz odsłania się szerzej, raz znika częściowo w chmurach. To dobry powód, żeby zostać i poczekać z aparatem. Po dojściu spotykamy się w komplecie i robimy dłuższy postój. W drodze powrotnej mówię, że spędziliśmy tam ponad dwie godziny. Tego dnia nie przenosimy obozu wyżej: wracamy do Confluencii, odpoczywamy i przygotowujemy plecaki na następny etap.








16-17 stycznia – ciężkie podejście i życie w Plaza de Mulas
16 stycznia wychodzimy z Confluencii do Plaza de Mulas. Na początku zakładamy mniej więcej osiem godzin marszu. Plecaki są jednak ciężkie, a droga szybko pokazuje, że to będzie porządny dzień w górach. W jednym z komentarzy szacuję swój bagaż na około 25 kilogramów. Po kilku dniach zdjęcia ze szczytu mogą przesłonić ten wysiłek, ale tutaj właśnie zaczyna się jego konkretna część.
Najpierw są szerokie, suche przestrzenie, fragmenty wypłaszczeń i zejść, potem kolejne podejścia. Robimy przerwy, mijamy ludzi wracających z bazy i przeprawiamy się przy wodzie. Na filmach powtarza się ten sam motyw: chwilę w dół, znów do góry, jeszcze jeden postój i dalej z plecakiem. Wielkość doliny trudno oddać pojedynczym kadrem.
Pogoda po drodze się zmienia. Znika początkowe słońce, pojawiają się deszcz oraz śnieg. Nagrywam, żeby pokazać, że ten wyjazd nie składa się wyłącznie z błękitnego nieba i pięknych panoram. Plecaki są zabezpieczone, ubrania mokre, a do obozu nadal trzeba dojść. Końcowe podejście szczególnie daje w kość, nawet gdy zaczynamy widzieć elementy bazy.
W końcu dochodzimy do Plaza de Mulas. Jest meldowanie w obozie, odbieranie rzeczy i rozstawianie namiotów. W wieczornym filmie pokazuję bałagan z depozytu oraz przygotowania do spania. Na porządkowanie brakuje już sił: tego dnia ważniejsze są schowanie się, ogrzanie i odpoczynek. Zapowiadam, że następny dzień przeznaczymy na spokojne ogarnięcie rzeczy.
17 stycznia baza staje się naszym domem. Oglądamy jej rozmiar, wspólne namioty i obozową kawiarnię przy rzeźbie kondora. Są posiłki, ładowanie sprzętu, poprawianie wyposażenia i spacer pomiędzy namiotami. Na zdjęciach świeży śnieg otacza kolorowe płótna, a dookoła cały czas są ogromne góry. Z tej bazy będziemy jeszcze wychodzić wyżej i do niej wracać.







18-20 stycznia – depozyt i przeprowadzka do Nido de Cóndores
18 stycznia ruszamy z depozytem do Nido de Cóndores. Nie przeprowadzamy się jeszcze na noc: część sprzętu ma zostać wyżej, a my wrócimy spać do Plaza de Mulas. To kolejny dzień z ciężkim plecakiem, ale również krok w aklimatyzacji i przygotowaniu następnego obozu. Droga, która z bazy wygląda jak linia na zboczu, z bliska składa się z długich zakosów, postojów i kolejnych podejść.
Po drodze zatrzymujemy się w rejonie Canadá. Jemy coś i odpoczywamy przed dalszym marszem. Potem baza zostaje coraz niżej, a nad nami pojawia się kolejny fragment trasy. W filmach pokazuję, skąd przyszliśmy i gdzie musimy jeszcze dojść. Z tego miejsca widać znacznie lepiej skalę różnicy pomiędzy poszczególnymi obozami.
Docieramy do Nido, zostawiamy depozyt i chwilę siedzimy, zanim ruszymy z powrotem. W nagraniu oceniam, że dojście zajęło około pięciu godzin i pięćdziesięciu minut. To zapis mojego komentarza z tego dnia, a nie obietnica czasu dla innych osób. Zejście też ma swoje tempo: wracamy do bazy przy zmieniającej się pogodzie, po raz drugi mijając znajome miejsca.
19 stycznia zostajemy w Plaza de Mulas. Po wyniesieniu rzeczy wyżej przychodzi dzień odpoczynku i zwykłych czynności obozowych. W materiałach są namioty, przygotowywanie jedzenia, grill i wspólne siedzenie. Wieczorem znowu pokazuję nasz mały obóz i zapowiadam następny ruch: tym razem zabierzemy namioty oraz zostaniemy wyżej.
20 stycznia wracamy do Nido de Cóndores, już z całym wyposażeniem potrzebnym do nocowania. Znamy drogę, ale dodatkowy ciężar wcale jej nie ułatwia. W kolejnych filmach odmierzam ostatnie fragmenty podejścia, pokazuję bazę daleko poniżej i ludzi na zboczu. Dopiero dojście do miejsca na własne namioty kończy marsz – samo zobaczenie pierwszych namiotów obozu nie wystarcza.
Rozstawiamy namioty wspólnie i dokładnie je mocujemy. W nagraniu przypominam o silnych wiatrach: trzeba porządnie przytwierdzić płótno, zanim zostanie się na noc. Następnie przychodzi topienie śniegu i robienie wody. Wieczór przynosi piękne światło nad Andami, ale także kolejne zadania, które na tej wysokości trzeba wykonać po całym dniu podejścia.














21-22 stycznia – Cerro Manso, woda i czekanie na pogodę
21 stycznia jest spokojniejszy pod względem przenoszenia obozu. Zostajemy w Nido de Cóndores, robimy wodę, przygotowujemy jedzenie i suszymy rzeczy. Patrzymy też na ludzi podchodzących wyżej. W filmach pojawiają się plany kolejnego etapu, które później zmieni pogoda – nie wszystko dzieje się dokładnie według porannej zapowiedzi.
Wychodzimy na Cerro Manso. Ten dodatkowy szczyt daje świetny widok na obóz i drogę, którą męczyliśmy się wcześniej z ciężkimi plecakami. Na nagraniu przechodzę również na drugi skalny wierzchołek. Z góry można spokojnie obejrzeć zakosy, zbocza i ludzi, którzy dopiero podchodzą. To inna perspektywa niż ta widziana z wnętrza namiotu czy z plecakiem na stromym odcinku.
Wracamy do obozowego rytmu. Znów gotowanie i zapas wody, potem wieczorne fotografie. Zachód słońca nad śnieżnymi grzbietami zostaje w wielu kadrach. Zdjęcia pokazują piękno tej wysokości, a filmy przypominają, ile prostych czynności wypełnia czas pomiędzy kolejnymi wyjściami.
22 stycznia pogoda wygląda już inaczej. Namioty są przysypane, wokół robi się biało i nie ma ochoty zostawać długo na zewnątrz. Mimo to trzeba wyjść po śnieg, uzupełnić wodę i przygotować posiłek. W komentarzu mówię, że zaraz schowamy się, żeby nie przemoczyć puchówek. Te rzeczy nie zrobią się same, nawet w dniu nazywanym odpoczynkiem.
Część dnia spędzamy pod osłoną namiotów. Na zdjęciach są kuchenka, rzeczy rozłożone w środku i świeży śnieg za wejściem. Wieczorem ciemne chmury oraz światło przy horyzoncie tworzą zupełnie inny krajobraz niż dzień wcześniej. To też ważny fragment wyprawy: czekanie, pilnowanie sprzętu i przesuwanie planów wtedy, kiedy warunki nie zachęcają do marszu.









23-24 stycznia – Cólera i szczyt Aconcagui
23 stycznia chcemy przenieść się do Cólera, najwyższego obozu przed dniem szczytowym. Rano jest zimno i mocno wieje. W filmach mówię, że zobaczymy, czy uda się wyjść. Zostajemy jeszcze przy namiotach, robimy wodę i jedzenie, a dopiero później pakujemy obóz. W końcu pogoda trochę się uspokaja i ruszamy z kolejnymi ciężkimi plecakami.
Idziemy przez rejon Berlín. W nagraniach porównuję tę drogę z bardziej bezpośrednim podejściem i wspominam wcześniejszą podpowiedź znajomego. Z bliska każdy kolejny fragment kosztuje dużo wysiłku. Z tyłu zostaje Nido, wyżej pojawiają się namioty, a my nadal musimy dokończyć podejście. Nie spieszymy się z ogłaszaniem końca, zanim naprawdę znajdziemy miejsce na obóz.
Po dotarciu trzeba jeszcze odszukać miejsce do rozstawienia własnych namiotów. Pokazuję duży obóz i przygotowania. Razem z Arkiem rozstawiamy namiot, pozostała część ekipy kończy podejście. Potem poprawiamy mocowania, odkładamy sprzęt do spania i przygotowujemy to, co następnego dnia zabierzemy ze sobą. Góra jest już blisko, ale dzień nie kończy się wraz ze zdjęciem przy pierwszych namiotach.
24 stycznia wychodzimy na Aconcaguę. Po wcześniejszych dniach przenoszenia sprzętu plecak jest lżejszy, jednak wysokość i samo podejście robią swoje. Z Cólera kierujemy się w rejon Independencii, a potem na trawers. W nagraniach nie ma opowieści o łatwym spacerze: powtarzam, że jest ciężko, pokazuję Piotrka oraz Pawła i próbuję ocenić, ile zostało jeszcze do góry.
Trawers jest długi, wieje i postęp wydaje się wolny. Na zdjęciach widać szerokie śnieżne zbocza oraz ogromne góry po drugiej stronie. Potem zostaje skalna końcówka. W jednym z filmów mówię, że do szczytu jest już niewiele przewyższenia, a mimo tego trudno zrobić następny odcinek. Ola i Arek są wyżej; my nadal powoli domykamy podejście.
W końcu jest Aconcagua. 6962 metry przestają być cyframi zapisanymi przy nazwie góry. Jest kamienisty wierzchołek, rozległe Andy, ludzie z naszej ekipy i zdjęcia z flagą. Ola oraz Arek weszli wcześniej, a później dochodzimy również my. Po tylu dniach aklimatyzacji, noszenia rzeczy i spania w namiotach ten moment ma zupełnie inną wagę niż sam punkt na mapie.
Nagrywam podziękowania za wsparcie i wiadomości od osób śledzących wyprawę. Zostaje też osobiste nagranie dla mamy. Oprócz zdjęć ludzi są panoramy z samego wierzchołka i spojrzenia w dół, na drogę, którą trzeba jeszcze przejść w drugą stronę. Radość nie oznacza końca dnia: po szczycie wracamy do Cólera.
Podczas zejścia pokazuję fragmenty końcowego podejścia, których nie nagrywałem wcześniej z powodu zmęczenia. Dopiero patrząc w dół, dobrze widać jego stromość i rozmiar. Zmienia się światło, nad grzbietami pojawia się wieczór. Szczyt został osiągnięty, ale bezpieczny powrót do namiotów nadal jest częścią tej samej pracy.













25 stycznia – powrót do Plaza de Mulas
25 stycznia zwijamy obóz Cólera i schodzimy do Plaza de Mulas. Po drodze zatrzymujemy się w Nido de Cóndores, żeby odebrać zostawiony depozyt. Plecaki trzeba ponownie dopakować. W jednym z filmów zastanawiam się, jak zmieścić do swojego cały sprzęt – rzeczy nie zniknęły tylko dlatego, że udało się wejść na szczyt.
Zejście jest długie. Są zakosy, bardziej strome odcinki i przejścia przy wodzie. Baza wydaje się blisko, gdy patrzymy na nią z góry, ale trzeba jeszcze zejść naprawdę spory kawałek. W kolejnych kadrach wracają znane namioty, obozowy kondor i zaplecze INKA. Znowu rozstawiamy własny mały obóz.
Po dotarciu pojawia się myśl, żeby zostać jeszcze jeden dzień i wyjść na pobliski pięciotysięcznik. Nie pakujemy całej historii do jednego zdjęcia ze szczytu Aconcagui. Następnego dnia mamy czas na osobne wejście, oglądanie wielkiej góry z boku i spokojny marsz z Piotrkiem oraz Pawłem. Tak zaczyna się Cerro Bonete.
26 stycznia – cały dzień na Cerro Bonete z Piotrkiem i Pawłem
Jeszcze jeden dzień wysoko nad Plaza de Mulas
Dwa dni po wejściu na Aconcaguę mieliśmy przed sobą jeszcze jedno górskie wyjście. 25 stycznia zeszliśmy do Plaza de Mulas, a następnego dnia ruszyliśmy we trzech: z Piotrkiem i Pawłem na Cerro Bonete. To był cały dzień w górach, ze spokojnym marszem, długimi postojami na zdjęcia i kolejnym szczytem. Aconcagua była już zdobyta, ale nadal przyciągała wzrok na niemal każdym odcinku naszej drogi.
Poranek zaczęliśmy w obozie. Na zdjęciach są jeszcze wnętrze namiotu, śniadanie i sprzęt rozłożony między namiotami. Potem wychodzimy w kamienisty teren, mijamy ostre lodowe formy i przejście przy wodzie. W pierwszym nagraniu pokazuję wytopiony lód i mówię, że idziemy dalej na szczyt. Za nami zostaje Plaza de Mulas, a przed nami otwiera się zupełnie inna perspektywa na masyw.
Po drodze oglądamy budynek schroniska po drugiej stronie obozu oraz niewielką wodę otoczoną skałami i lodem. Brązowe i szare zbocza, białe fragmenty śniegu oraz mocny błękit nieba tworzą krajobraz, przy którym trudno po prostu przejść bez zatrzymania. Robimy pierwsze panoramy i zdjęcia z górami w tle, zanim zaczniemy zdobywać kolejne metry wysokości.









Aconcagua w całej okazałości
Największą atrakcją tego dnia jest widok na Aconcaguę. Podczas wcześniejszych etapów szliśmy jej zboczami i przenosiliśmy się między obozami; teraz możemy oglądać całą górę z sąsiedniego masywu. Z każdym kolejnym fragmentem podejścia zmienia się pierwszy plan: raz są to kamienie i lodowe formy, później szerokie zbocze, dalej grzbiet. Ponad nimi pozostaje wielki, ośnieżony masyw, na którego szczycie staliśmy zaledwie dwa dni wcześniej.
Z tej części wyjścia zostało szczególnie dużo fotografii. Są kadry z Piotrkiem i Pawłem, panoramy, zdjęcia przy lodzie i moje fotografie na tle Aconcagui. Na jednych stoję z kijkami, na innych siedzę na skałach albo rozkładam ręce przed ogromną górą. Właśnie tutaj najlepiej widać jej skalę: człowiek zajmuje mały fragment zdjęcia, a za nim wznoszą się rozległe skalne ściany i śnieżna kopuła.
Tempo mamy spokojne, ale Cerro Bonete nadal wymaga podejścia. W nagraniach raz zapowiadam kolejne zakosy, innym razem przypominam, że mimo podziwiania Aconcagui cały czas idziemy do góry. Zatrzymujemy się tak często, że w końcu komentuję, iż niemal więcej fotografujemy i patrzymy dookoła, niż maszerujemy. Nie spieszymy się z tym widokiem. Jest zbyt piękny, żeby potraktować go jako tło do jednego zdjęcia.


















Skalna końcówka i krzyż na Cerro Bonete
Wyżej szerokie podejście przechodzi w bardziej skalisty teren. Z daleka wydaje się, że do celu zostało niewiele, lecz przed nami są jeszcze końcowe metry i krótki fragment wymagający użycia rąk. Na filmach pokazuję luźne kamienie oraz drogę pomiędzy skałami. Spokojny dzień z pięknymi widokami też potrafi zmęczyć – w jednym z komentarzy mówię to wprost.
W końcu pojawia się krzyż. Dochodzimy na szczyt bez pośpiechu; w nagraniu żartuję z naszego powolnego tempa. Wierzchołek jest skalisty, a wokół otwierają się Andy. Z jednej strony oglądamy kolejne grzbiety i doliny, z drugiej Aconcaguę, która nadal gra główną rolę w panoramie. Na filmach podaję wysokość Cerro Bonete jako 5052 metry nad poziomem morza.
Na górze zostajemy dłużej. Robimy zdjęcia przy krzyżu, z flagą i osobne portrety każdego z nas na tle Aconcagui. Piotrek i Paweł siadają, coś jedzą, a ja pokazuję dalsze otoczenie. W kadrach widać Plaza de Mulas daleko poniżej oraz wielką drogę, którą przeszliśmy podczas poprzednich dni. Na jednym z filmów opowiadam o kolejnych etapach: bazie, przejściu przez rejon Canadá, Nido de Cóndores, Cólerze i dalszym wejściu na Aconcaguę.
Dwa dni wcześniej celem było wejście na najwyższy punkt tej góry. Teraz mogę obejrzeć ją z boku i spokojnie wrócić myślami do całej drogi. Zostało mnóstwo zdjęć, ale również dłuższe panoramy filmowe: nie tylko sama Aconcagua, lecz także całe otoczenie Cerro Bonete. To pełna historia osobnego wejścia, które domknęło nasz pobyt wysoko w Andach.











Powrót i zmienione przejście przy wodzie
W dół idzie nam znacznie szybciej. Na zdjęciach i filmach kolejno wracają kamieniste zbocza, budynek mijanego wcześniej schroniska i rejon obozu. Nad grzbietami są już chmury, a światło wygląda inaczej niż podczas pierwszych postojów. Nadal zatrzymujemy się na kadry, ale teraz przed nami jest przede wszystkim powrót do Plaza de Mulas.
Przy wodzie okazuje się, że przejście nie wygląda już tak jak rano. W nagraniu pokazuję miejsce, którym wcześniej przeszliśmy, i mówię, że lodowego mostku już nie ma. Szukamy innego przejścia; Piotrek idzie przede mną, a potem przychodzi kolej na mnie. To konkretny szczegół końcówki tego dnia, który łatwo zgubić, jeśli całą wyprawę sprowadzi się do szczytowego zdjęcia.
Jeszcze mijamy ostre lodowe formy i w końcu pojawiają się znajome namioty. Ostatnie zdjęcia i nagrania pokazują już obóz: nasze rzeczy, towarzyszy i góry nad Plaza de Mulas. W komentarzu podsumowuję, że był to wspaniały dzień. Następnego ranka trzeba będzie pakować się do zejścia w dolinę, ale tego wieczoru mamy jeszcze za sobą całą drogę na Cerro Bonete – ze spokojnym tempem, chłopakami i widokiem Aconcagui, na który naprawdę nie mogliśmy się napatrzeć.






27 stycznia – pożegnanie gór i droga do Mendozy
27 stycznia pakujemy się ostatecznie i żegnamy Plaza de Mulas. W filmach pokazuję ekipę gotową do wyjścia, ostatnie spojrzenia na Aconcaguę i początek drogi w dół. Po dwóch tygodniach górskiej części wyjazdu te miejsca są już znajome, ale krajobraz nadal potrafi zaskoczyć.
Podczas podejścia do bazy końcówkę pokonywaliśmy w deszczu i śniegu. Teraz komentujemy, że nie poznajemy części terenu: dopiero przy lepszej widoczności można zobaczyć, co wtedy nas otaczało. Wracają kamieniste doliny, muły z bagażem, przeprawy przy wodzie i suche zbocza. Niżej pojawia się więcej zieleni.
Docieramy ponownie do Confluencii, robimy przerwę i idziemy dalej. Jest znajomy most oraz końcowe fragmenty trasy. Samo wyjście z gór nie zamyka jeszcze logistyki dnia: trzeba wyjść z parku, dostać się po depozyt i zdążyć na autobus do Mendozy. W nagraniach z końcówki widać, że wracamy z przygodami i organizujemy kolejne odcinki transportu po drodze.
Ostatecznie zbieramy rzeczy i ruszamy do Mendozy. Tym razem ciężkie plecaki jadą z nami, a najwyższe obozy zostają daleko za oknem. Czternaście dni w górach ma już pełny przebieg: od pierwszego podejścia, przez aklimatyzację i szczyt Aconcagui, po Bonete oraz wyjście tą samą doliną.




Mendoza, Buenos Aires i powrót do Polski
28 stycznia zamiast pakować plecak do kolejnego wysokiego obozu szykuję się na rafting. To kolejna aktywność już po zejściu, w innej scenerii i z innym sprzętem. Później są spacery po Mendozie, wspólne jedzenie i nadrabianie tego, na co przez poprzednie dni nie było warunków w namiocie.
29 stycznia zwiedzamy także na rowerach. W filmach zostają fontanny, parki, palmy i jazda wokół jeziora. Po kamienistych dolinach, śniegu oraz puchowych ubraniach ta zieleń i swoboda przemieszczania się wyglądają jak inny wyjazd. Nadal jesteśmy jednak w tej samej ekipie, a zdobyta Aconcagua wciąż jest świeżym wspomnieniem.
Wieczorem ruszamy autobusem do Buenos Aires. Pokazuję szerokie, rozkładane siedzenia i mówię o piętnastu godzinach jazdy. To długi przejazd, ale po namiotach oraz przenoszeniu sprzętu możliwość wyciągnięcia się w autobusie cieszy wyjątkowo. 30 stycznia jesteśmy już w mieście.
Buenos Aires poznajemy przez kolejne spacery i rowerowe odcinki. Są zielone parki, jeziorka, ogród różany, lody i ludzie ćwiczący w miejskiej przestrzeni. W filmach zwracam uwagę na to, jak dużo osób biega, jeździ na rowerach i robi trening na schodach. Po wielu dniach w górach podoba mi się właśnie ta aktywna codzienność.
31 stycznia docieram także w okolice stadionu Boca Juniors. W nagraniach i zdjęciach są jego charakterystyczne kolory, ulice oraz piłkarskie motywy. Kolejne fotografie dokumentują dalsze zwiedzanie, przerwy na jedzenie i ostatnie dni pobytu w Argentynie. 1 lutego zostają jeszcze miejskie kadry i przygotowania do wylotu.
Powrót prowadzi przez Istambuł do Warszawy. W materiałach z 2 i 3 lutego są lotniska, nocne miasta oglądane z samolotu oraz światło nad chmurami. Dopiero wtedy domyka się cały wyjazd. Aconcagua była jego głównym celem, lecz wokół tego jednego szczytu powstała historia wielu tygodni: podróży, ekipy, obozów, trudnej pogody, dodatkowych wejść i czasu spędzonego razem po zejściu.













Moja trasa na mapie i plik GPX
Postaw mi kawę na szlak
Podobała Ci się ta historia? Pomóż mi przygotować kolejną wyprawę i relację.
Postaw mi kawę na szlak ☕Otwiera się w nowej karcie. Dobrowolne wsparcie przez Suppi – samodzielnie wybierasz kwotę.











