Elbrus i Kazbek – jeden wyjazd w Kaukaz

Sam zorganizowałem tę wyprawę. W górach szedłem bez przewodnika i bez pomocy agencji.

Elbrus i Kazbek – jeden wyjazd w Kaukaz, 29 lipca-6 sierpnia 2023. Najpierw zdobyliśmy Elbrus, a podczas powrotu przez Gruzję weszliśmy także na Kazbek. Na tej stronie opowiadam o obu etapach naszej wspólnej podróży.

Elbrus, 1 sierpnia 2023. Cztery osoby, samodzielnie zorganizowany wyjazd i nocne wejście, podczas którego najbardziej czekaliśmy nie na szczyt, lecz na słońce. Kiedy wreszcie dotarło na przełęcz między wierzchołkami, zatrzymaliśmy się, żeby ogrzać dłonie, coś zjeść i odzyskać siły. Za nami były godziny marszu w przenikliwym zimnie. Przed nami - ostatnie podejście na 5642 metry.

Pomysł, który trzeba było doprowadzić do końca

Chciałem wejść na Elbrus w ramach Korony Europy. Znałem dyskusję o granicy kontynentu i o tym, czy najwyższym europejskim szczytem jest Elbrus, czy Mont Blanc. Zamiast wybierać jedną wersję, postanowiłem zdobyć oba. Na Mont Blanc stanąłem w lipcu 2023 roku. Jeszcze tego samego lata przyszedł czas na Kaukaz.

Początkowo pytałem agencje o organizowany wyjazd. Rozmowy przeciągały się, ceny się zmieniały, a szczegóły przejazdu pozostawały niepewne. Wtedy padło proste pytanie: skoro inne wyprawy organizuję sam, dlaczego nie spróbować także tej? Zaczęliśmy z Moniką szukać połączeń, transportu i noclegów. Dołączyli Bartek, dla którego Elbrus był wieloletnim marzeniem, oraz Ola. Tak powstał nasz czteroosobowy zespół.

Pierwszym pewnym elementem były kupione bilety do Kutaisi. Potem trzeba było poskładać resztę: formalności, kierowcę, przejazd przez granicę i miejsca do spania wysoko w górach. W jednej dużej torbie rejestrowanej zmieściliśmy wspólny sprzęt całej czwórki - raki, czekany, linę i pozostałe wyposażenie. Każdy kilogram miał znaczenie.

Ekipa przed podróżą, 29 lipca
Ekipa przed podróżą, 29 lipca
Po przylocie do Kutaisi
Po przylocie do Kutaisi

Z Kutaisi pod Elbrus

Podróż przez Gruzję do Azau zajęła nam noc. Sporo czasu pochłonęła kontrola graniczna; nie wiedzieliśmy wcześniej, jak długo potrwa. Gdy rano dotarliśmy pod górę, mieliśmy za sobą nie tylko lot i wiele godzin w samochodzie, ale też sporą część organizacyjnej niepewności.

Na miejscu nadal było co załatwiać. Potrzebowaliśmy rubli, gazu do gotowania i lokalnej karty telefonicznej. Dopiero potem mogliśmy przepakować się na górską część wyjazdu. Duża torba została u kierowcy, a my zabraliśmy plecaki z rzeczami potrzebnymi na najbliższe dni.

Chcieliśmy zacząć podejście z samego dołu, ale prace budowlane i zamknięcia pokrzyżowały ten plan. Wjechaliśmy kolejką, a następnie zeszliśmy kawałek do noclegu w charakterystycznych Beczkach. W środku było zaskakująco przytulnie: łóżka, prąd i grzejniki. Po długiej podróży zjedliśmy i wcześnie schowaliśmy się do śpiworów. Następny dzień miał należeć do góry.

Przed wjazdem kolejką, 30 lipca
Przed wjazdem kolejką, 30 lipca
Pierwszy odcinek wjazdu
Pierwszy odcinek wjazdu
Stacja kolejki na trasie
Stacja kolejki na trasie

Priut i czerwony ratrak w śniegu

31 lipca przenieśliśmy się w rejon Priutu 11, do kamiennego budynku znanego jako Diesel Hut. Wokół trwała rozbudowa, a nasze miejsce do spania było niewielkie - plecaki trzeba było chować pod łóżka. Za to we wspólnej kuchni można było zagotować wodę i przygotować jedzenie. Wieczorem gospodarz rozpalał w piecu.

Zostawiliśmy ciężkie rzeczy i ruszyliśmy wyżej na aklimatyzację. Minęliśmy Skały Pastuchowa, zrobiliśmy krótką przerwę i doszliśmy do zasypanego czerwonego ratraka na około 4900 metrach. Ten charakterystyczny punkt wraca na naszych zdjęciach: wystająca ze śniegu maszyna, czwórka ludzi i chmury zasłaniające widoki.

Posiedzieliśmy tam mniej więcej godzinę. Chodziło o to, żeby pobyć na wysokości, a nie tylko dojść do punktu i natychmiast zawrócić. Z czasem zrobiło się jednak coraz chłodniej. Podczas zejścia zaczął padać śnieg. Wracaliśmy do Priutu z myślą o odpoczynku i nocnym wyjściu, licząc na lepsze warunki następnego dnia.

Wnętrze noclegu, 30 lipca
Wnętrze noclegu, 30 lipca
Zabudowania w górnej części trasy
Zabudowania w górnej części trasy
W schronisku przed dalszym wyjściem
W schronisku przed dalszym wyjściem
Przy czerwonym ratraku, 31 lipca
Przy czerwonym ratraku, 31 lipca

Noc, wiatr i wypatrywanie słońca

1 sierpnia wyszliśmy tuż przed drugą w nocy. Miękki śnieg z poprzedniego dnia był już zmarznięty, więc raki założyliśmy od razu przy schronie. Szliśmy pieszo; nie korzystaliśmy z ratraków wożących ludzi wyżej. Zabraliśmy również linę i pozostały sprzęt, bo odcinek ponad miejscem aklimatyzacji dopiero mieliśmy poznać.

Najmocniej zapamiętałem zimno. Zwykle długo zwlekam z zakładaniem kolejnych warstw, ale tutaj szybko sięgałem po następne rękawice. Dłonie zdążyły już tak zmarznąć, że nawet cieplejsza para nie od razu pomagała. Chowałem ręce pod pachy, próbując je ogrzać. Robienie zdjęć, które normalnie przychodzi mi bez zastanowienia, zeszło na dalszy plan.

Świt nie przyniósł natychmiastowej ulgi. Słońce długo pozostawało schowane za wschodnim wierzchołkiem. Byliśmy głodni i chcieliśmy się napić, ale powtarzaliśmy sobie, że zatrzymamy się, gdy dotrzemy w nasłonecznione miejsce. Udało się dopiero na przełęczy. Tam zrobiliśmy dłuższy postój - potrzebowaliśmy ciepła tak samo jak jedzenia i odpoczynku.

Nocne przygotowania, 1 sierpnia
Nocne przygotowania, 1 sierpnia
Świt nad śnieżnym stokiem
Świt nad śnieżnym stokiem
Poranek na wysokości
Poranek na wysokości
Dalsza droga w stronę szczytu
Dalsza droga w stronę szczytu

5642 metry - razem na zachodnim wierzchołku

Za przełęczą czekał bardziej stromy odcinek, a dalej wypłaszczenie i ostatnie metry na szczyt. Weszliśmy około 9:15, po mniej więcej siedmiu godzinach od wyjścia z Priutu, wliczając długą przerwę na ogrzanie się. Na górze byliśmy całą czwórką: Monika, Bartek, Ola i ja.

Panorama ze szczytu Elbrusa, 1 sierpnia 2023.

Po nocnym marszu w zimnie ten moment smakował szczególnie. Plan, który zaczynał się od wiadomości na grupie i wielu pytań organizacyjnych, doprowadził nas na zachodni, wyższy wierzchołek Elbrusa. Zostały zdjęcia, wspólna radość i świadomość, że teraz trzeba jeszcze bezpiecznie zejść.

Szczyt Elbrusu
Szczyt Elbrusu
Kaukaz podczas wyprawy na Elbrus
Kaukaz podczas wyprawy na Elbrus
Leszek Piszczyk podczas wejścia na Elbrus
Leszek Piszczyk podczas wejścia na Elbrus
Elbrus, wejście szczytowe
Elbrus, wejście szczytowe

Powrót, którego nie było w planie

Widok podczas zejścia z Elbrusa, 1 sierpnia 2023.

Do Priutu schodziło nam się znacznie szybciej. Nastawiliśmy się na przepakowanie, dojście do kolejki i zjazd do Azau. Wtedy usłyszeliśmy, że nie ma prądu i kolejka nie działa. Początkowo trudno było uwierzyć, że po nocnym wejściu czeka nas jeszcze cała droga w dół z dużymi plecakami.

Na kolejnych stacjach pytaliśmy, czy da się zjechać choć część trasy. Nic z tego. Schodziliśmy więc dalej, przez teren zmieniony pracami budowlanymi. Przygotowany wcześniej ślad nie wszędzie odpowiadał temu, co zastaliśmy; trzeba było korygować drogę według sytuacji na miejscu.

Niżej śnieg ustąpił miejsca pylącemu podłożu. Każdy krok wzniecał kurz, buty zmieniały kolor, a ciężkie plecaki coraz bardziej dawały się we znaki. To właśnie ten końcowy odcinek zapamiętaliśmy jako wyjątkowo męczący. Szczyt był już dawno za nami, ale wysiłek jeszcze się nie skończył.

W Azau mogliśmy wreszcie odłożyć bagaże i zamknąć etap na Elbrusie. Kierowca odebrał nas wcześniej, niż pierwotnie zakładaliśmy. W drodze powrotnej granicę przekroczyliśmy dużo sprawniej, a w Gruzji zatrzymaliśmy się w Stepancmindzie. Elbrus był głównym celem tego wyjazdu - i został zdobyty. Nie oznaczało to jednak końca naszej podróży.

Ratrak na śnieżnym stoku
Ratrak na śnieżnym stoku
Piesze zejście, 1 sierpnia
Piesze zejście, 1 sierpnia
Powrót w stronę zabudowań
Powrót w stronę zabudowań
Dalsze zejście do doliny
Dalsze zejście do doliny
Na pieszym powrocie, 1 sierpnia
Na pieszym powrocie, 1 sierpnia

Co zostało po Elbrusie

Elbrus przypomina mi przede wszystkim o pracy, której nie widać na szczytowym zdjęciu: organizowaniu przejazdu, pakowaniu wspólnego sprzętu, sprawdzaniu noclegów i dostosowywaniu planu do warunków. Pamiętam czerwony ratrak w chmurach, pierwsze słońce na przełęczy i kurz na ostatnich kilometrach zejścia. Każdy z tych obrazów jest częścią tej samej historii.

W prelekcji poniżej opowiadamy o niej szerzej, razem z Moniką: od przygotowań po powrót. To zapis naszego wyjazdu z 2023 roku, również w kwestii ówczesnego transportu, kosztów i formalności.

Przejazd przez Kaukaz, 29 lipca
Przejazd przez Kaukaz, 29 lipca
Góry w drodze pod Elbrus
Góry w drodze pod Elbrus

Kolejka, budowa stoku i powrót po kijki

Na początku wyprawy musieliśmy wjechać kolejką. Wejście pieszo było zabronione, bo trwała budowa dużego stoku i jeździły tam ciężarówki oraz maszyny budowlane. Po pierwszym odcinku wróciłem na dół po zostawione kijki, a potem wjechałem ponownie. Na mapie pokazuję jeden pełny zapisany wjazd, bez tej dodatkowej powtórki.

Na powrocie kolejka była nieczynna, więc schodziliśmy pieszo. Ten odcinek zachowałem w całości. Wjazd kolejką jest oznaczony na niebiesko, a marsz na pomarańczowo.

Kazbek: drugi pięciotysięcznik podczas tego samego wyjazdu

Powrót z Elbrusa przez Gruzję nie zakończył naszej wyprawy. Po zdobyciu zachodniego wierzchołka 1 sierpnia zostaliśmy w Kaukazie i wykorzystaliśmy czas, który pozostał, na Kazbek. Cztery dni później, 5 sierpnia 2023 roku, stanęliśmy na kolejnym pięciotysięczniku. To dalszy ciąg tej samej podróży i historia tej samej ekipy: Moniki, Bartka, Oli i moja.

Jeszcze przed wyjazdem nie byliśmy pewni, czy uda się połączyć obie góry. Elbrus był priorytetem, a największą niewiadomą stanowiła podróż i czas oczekiwania na granicy. Braliśmy pod uwagę, że właśnie tam możemy stracić znaczną część dostępnych dni. Dlatego nie zaczęliśmy od Kazbeku, choć spotkaliśmy ekipę, która wybrała taką kolejność: najpierw gruziński pięciotysięcznik jako aklimatyzacja, później Elbrus.

U nas wyszło odwrotnie. Po Elbrusie byliśmy już dobrze zaaklimatyzowani i na Kazbeku czuliśmy się na wysokości bardzo dobrze. Nie oznaczało to jednak, że góra miała oddać szczyt w pięknej pogodzie. O kondycji mogliśmy mówić z zadowoleniem; na warunki musieliśmy poczekać i przyjąć to, co zastaliśmy.

2 sierpnia: Stepancminda, zielona dolina i wodospad

Po śniegu, nocnym zimnie i długim zejściu z Elbrusa znaleźliśmy się w zupełnie innym otoczeniu. W Stepancmindzie były zielone zbocza, zabudowania w dolinie i szczyty wystające ponad miejscowość. Na zdjęciach z 2 sierpnia wracają zwykłe chwile: siedzimy razem przy stole, spacerujemy i rozglądamy się po okolicy. Przy ulicy przechodzą krowy, ponad domami płyną chmury, a góry są nadal tuż obok.

Tego dnia wychodzimy też do wodospadu. Ścieżka prowadzi przez bujną zieleń i kamienie, coraz bliżej wody spadającej z wysokiego progu. To inny rodzaj wyjścia niż poprzedni dzień na Elbrusie: możemy zatrzymać się, popatrzeć, zrobić zdjęcia i po prostu pobyć w tym miejscu. W kadrach widać zarówno sam wodospad, jak i ludzi na jego tle oraz szerzej otaczającą go dolinę.

Nie chciałem sprowadzić Gruzji do przystanku między dwoma wejściami. Ta część wyjazdu ma własny krajobraz i własne tempo. Po rosyjskiej stronie zostawiliśmy Elbrus, a tutaj zaczynało się podejście pod kolejną górę. Zanim znów założyliśmy plecaki na cały dzień marszu, był czas na wspólny odpoczynek i obejrzenie okolicy.

3 sierpnia: od Gergeti przez Altihut w stronę Meteo

Rankiem ruszamy w górę. Na pierwszych zdjęciach widać drogę ponad doliną, krowy na jezdni i cerkiew Gergeti na tle zielonych zboczy. Z jej okolicy otwiera się widok na Stepancmindę i otaczające ją góry. Dalej zabudowania zostają za plecami. Szlak prowadzi przez rozległe trawiaste stoki, a wysoko ponad nimi pojawiają się śnieżne partie masywu.

W nagraniu z podejścia mówię, że Kazbek właśnie ładnie się odsłonił. Przed nami jest pierwsze schronisko, ale nie ono stanowi cel dnia – chcemy dojść wyżej, do Meteo. Po drodze zatrzymujemy się w Altihut, robimy przerwę i coś jemy. Potem ponownie zarzucamy plecaki. Na kolejnym filmie zapowiadam dalszy marsz; do schroniska pozostaje jeszcze spory odcinek.

Krajobraz zmienia się stopniowo. Zieleń ustępuje kamieniom, morenie i lodowi. Pokazuję z oddali budynek Meteo, żeby zobaczyć, dokąd właściwie zmierzamy. Na ekranie wygląda, jakby był już blisko, ale pomiędzy nami a nim leży jeszcze lodowiec. W kadrze pojawiają się też konie z ładunkiem. To nie jest wyłącznie widok na górę: widać, jak funkcjonuje droga prowadząca do ludzi mieszkających przez kilka dni wysoko pod szczytem.

Po dotarciu pod Meteo oglądamy namioty i kamienny budynek. Dzień, który zaczęliśmy w zielonej dolinie, kończy się wśród skał i płatów śniegu. Na zdjęciach są plecaki, wnętrze noclegu i otoczenie obozu. Kolejny raz podczas tego wyjazdu przenosimy codzienne życie wyżej: tutaj będziemy jeść, odpoczywać i przygotowywać się do wyjścia na szczyt.

Kazbek odsłania się na podejściu, 3 sierpnia 2023
W drodze do Meteo, przed przejściem lodowca
Po dotarciu pod Meteo, 3 sierpnia

4 sierpnia: życie w Meteo i przygotowania do nocy

Następny dzień pokazuje tę mniej widowiskową, ale ważną stronę wyprawy: czas spędzany wysoko, oczekiwanie i życie w schronisku. Ze zdjęć znikają ciepłe barwy doliny. Wokół Meteo jest kamieniste podłoże, namioty i chmury przesuwające się nad zboczami. W środku widać wspólne stoły, sprzęt oraz ściany pełne naklejek i pamiątek zostawionych przez poprzednie ekipy.

Na filmie pokazuję także Bezpieczny Kazbek – polski zespół działający tutaj i pomagający ludziom w górach. To konkretny fragment tego miejsca, który zapamiętałem i nagrałem. Poza wielkim szczytem są tu przecież ludzie, którzy przychodzą, wracają, przygotowują kolejne wyjścia i czuwają nad innymi.

Pod wieczór na zdjęciach mamy jeszcze budynek Meteo, obóz i krzyż stojący na kamienistym terenie. Następne kadry będą już nocne. Po Elbrusie wiedzieliśmy, jak wygląda wyjście w ciemności, ale tym razem przed nami była inna góra i inna droga. Dobra aklimatyzacja pomagała nam w marszu; o tym, co zobaczymy wyżej, decydowała pogoda.

Otoczenie Meteo i Bezpieczny Kazbek, 4 sierpnia

5 sierpnia: nocne podejście i szczyt w chmurach

Wychodzimy około drugiej w nocy. W pierwszym nagraniu pokazuję światła obozu i naszą ekipę rozpoczynającą marsz. Ola odwraca się do aparatu, przed nami idą już ludzie. Jeszcze nie ma widoków znanych z dziennych zdjęć – jest ciemność, śnieg i droga, którą trzeba konsekwentnie pokonywać.

Idziemy spokojnie, a mimo to stopniowo wyprzedzamy inne zespoły. Na filmie komentuję, że większe ekipy zostały za nami. To dobrze oddaje nasze samopoczucie po Elbrusie: nie musimy narzucać szalonego tempa, żeby sprawnie zdobywać wysokość. W kolejnych nagraniach wracają Monika, Bartek i Ola, krótkie uwagi z trasy oraz oczekiwanie, aż zacznie się rozjaśniać.

Niespodziewanie mamy także dodatkowych towarzyszy. Cztery psy idą razem z nami. Pokazuję je jeszcze w nocy, później wracają na filmach wyżej i w końcu są również przy szczycie. Ten mały, bardzo konkretny obraz zapisał się w naszej historii równie mocno jak śnieżne zbocza: własna ekipa, góra i psy, które dotrzymywały nam kroku.

Rano docieramy na szczyt Kazbeku. W nagraniu podaję 5054 metry nad poziomem morza i rozglądam się dookoła, ale zamiast szerokiej panoramy mamy chmury. Na wspólnym zdjęciu stoi cała czwórka z flagą. Jest radość z kolejnego wejścia, są gratulacje, a widoczność pozostaje ograniczona. Czekamy chwilę, licząc na odsłonięcie widoków, jednak góra nie pokazuje wtedy całego otoczenia.

To nie odbiera nam satysfakcji. Elbrus i Kazbek udało się połączyć w jednym wyjeździe, choć przed podróżą nie mieliśmy pewności, że wystarczy czasu. Z drugiego szczytu zapamiętałem właśnie tę mieszaninę: dobre samopoczucie na wysokości, wspólną radość i pogodę, która pozwalała zobaczyć znacznie mniej, niż chcielibyśmy. W końcu zaczynamy schodzić – razem z naszymi czterema psimi towarzyszami.

Nocne wyjście na Kazbek, 5 sierpnia
Na szczycie Kazbeku w chmurach, 5 sierpnia 2023

Zejście: poniżej chmur wracają widoki

Na zejściu mijamy ludzi, którzy nadal podchodzą. W dłuższym nagraniu pokazuję kolejkę ciągnącą się po śniegu: my schodzimy już po wejściu, a kolejne zespoły mają szczyt jeszcze przed sobą. Kontrast jest wyraźny – wcześniej w nocy wyprzedzaliśmy ekipy, teraz oglądamy znacznie więcej ludzi na trasie.

Niżej zaczyna się przejaśniać. W jednym z filmów mówię wprost, że wyżej nadal jest „mleko”, ale tu robi się już ładna pogoda. Błękit pojawia się nad śnieżnym stokiem, a między chmurami odsłaniają się kolejne fragmenty krajobrazu. Widać ślady na śniegu, długą drogę w dół i rozległe zbocza. Zdjęcia z tej części dnia pokazują Kazbek inaczej niż wspólny kadr ze szczytu.

Później wracają kamienie i lodowiec, a jeszcze niżej znów zieleń. Te zmiany najlepiej pokazują skalę jednego dnia: zaczynamy w ciemności wysoko przy schronisku, stajemy na pięciotysięczniku w chmurach, a potem schodzimy do krajobrazu, w którym można już oglądać góry znacznie szerzej. Nadal robimy zdjęcia i nagrywamy krótkie komentarze – nie tylko na samej górze, lecz także na długiej drodze powrotnej.

Na filmie z przejścia lodowca pokazuję, że idziemy w rakach i na linie. Później, kiedy mamy już lód za sobą, zapowiadam przerwę w Altihut: kawę oraz baklavę i brownie. Jeszcze zostaje marsz do Stepancmindy, gdzie chcemy spędzić noc przed przejazdem do Kutaisi. Po długim dniu te małe cele – schronisko, coś dobrego do jedzenia, odpoczynek w dolinie – stają się bardzo konkretne.

Kazbek był osobnym, pełnym etapem naszej kaukaskiej podróży. Elbrus pozostaje zdobytym etapem Korony Ziemi, ale wspomnienia z wyjazdu obejmują obie góry: zimne podejście i słońce na przełęczy Elbrusa, gruzińską dolinę, Meteo, nocny marsz z psami oraz szczyt Kazbeku ukryty w chmurach. Dlatego opowiadam o nich tutaj razem.

Początek zejścia razem z psami
Niżej wraca pogoda i odsłaniają się widoki
Powrót przez lodowiec w rakach i na linie
Ostatnia część powrotu do doliny

6 sierpnia: z Kutaisi do domu

Po zejściu zostajemy jeszcze w Stepancmindzie, a potem ruszamy w stronę Kutaisi. Na końcowych zdjęciach są już lotnisko, samolot i nasza ekipa z plecakami. Za nami dwa zdobyte pięciotysięczniki, kilka kolejnych noclegów, granica, lodowce oraz dni przeżyte w bardzo różnych krajobrazach i warunkach.

Pierwszy cel zrealizowaliśmy 1 sierpnia na Elbrusie. Drugi – 5 sierpnia na Kazbeku. Pomiędzy nimi nie było osobnego wyjazdu ani nowego startu z Polski: po prostu wykorzystaliśmy dalszą drogę przez Gruzję i czas, który nam został. To właśnie ta ciągłość jest dla mnie ważna. Cała czwórka zaczęła podróż razem i na ostatnim wspólnym zdjęciu znów siedzimy przy jednym stole, już po obu wejściach.

Prelekcja z Elbrusa

Postaw mi kawę na szlak

Podobała Ci się ta historia? Pomóż mi przygotować kolejną wyprawę i relację.

Postaw mi kawę na szlak ☕

Otwiera się w nowej karcie. Dobrowolne wsparcie przez Suppi – samodzielnie wybierasz kwotę.