Elbrus, 1 sierpnia 2023. Cztery osoby, samodzielnie zorganizowany wyjazd i nocne wejście, podczas którego najbardziej czekaliśmy nie na szczyt, lecz na słońce. Kiedy wreszcie dotarło na przełęcz między wierzchołkami, zatrzymaliśmy się, żeby ogrzać dłonie, coś zjeść i odzyskać siły. Za nami były godziny marszu w przenikliwym zimnie. Przed nami — ostatnie podejście na 5642 metry.
Pomysł, który trzeba było doprowadzić do końca
Chciałem wejść na Elbrus w ramach Korony Europy. Znałem dyskusję o granicy kontynentu i o tym, czy najwyższym europejskim szczytem jest Elbrus, czy Mont Blanc. Zamiast wybierać jedną wersję, postanowiłem zdobyć oba. Na Mont Blanc stanąłem w lipcu 2023 roku. Jeszcze tego samego lata przyszedł czas na Kaukaz.
Początkowo pytałem agencje o organizowany wyjazd. Rozmowy przeciągały się, ceny się zmieniały, a szczegóły przejazdu pozostawały niepewne. Wtedy padło proste pytanie: skoro inne wyprawy organizuję sam, dlaczego nie spróbować także tej? Zaczęliśmy z Moniką szukać połączeń, transportu i noclegów. Dołączyli Bartek, dla którego Elbrus był wieloletnim marzeniem, oraz Ola. Tak powstał nasz czteroosobowy zespół.
Pierwszym pewnym elementem były kupione bilety do Kutaisi. Potem trzeba było poskładać resztę: formalności, kierowcę, przejazd przez granicę i miejsca do spania wysoko w górach. W jednej dużej torbie rejestrowanej zmieściliśmy wspólny sprzęt całej czwórki — raki, czekany, linę i pozostałe wyposażenie. Każdy kilogram miał znaczenie.
Z Kutaisi pod Elbrus
Podróż przez Gruzję do Azau zajęła nam noc. Sporo czasu pochłonęła kontrola graniczna; nie wiedzieliśmy wcześniej, jak długo potrwa. Gdy rano dotarliśmy pod górę, mieliśmy za sobą nie tylko lot i wiele godzin w samochodzie, ale też sporą część organizacyjnej niepewności.
Na miejscu nadal było co załatwiać. Potrzebowaliśmy rubli, gazu do gotowania i lokalnej karty telefonicznej. Dopiero potem mogliśmy przepakować się na górską część wyjazdu. Duża torba została u kierowcy, a my zabraliśmy plecaki z rzeczami potrzebnymi na najbliższe dni.
Chcieliśmy zacząć podejście z samego dołu, ale prace budowlane i zamknięcia pokrzyżowały ten plan. Wjechaliśmy kolejką, a następnie zeszliśmy kawałek do noclegu w charakterystycznych Beczkach. W środku było zaskakująco przytulnie: łóżka, prąd i grzejniki. Po długiej podróży zjedliśmy i wcześnie schowaliśmy się do śpiworów. Następny dzień miał należeć do góry.
Priut i czerwony ratrak w śniegu
31 lipca przenieśliśmy się w rejon Priutu 11, do kamiennego budynku znanego jako Diesel Hut. Wokół trwała rozbudowa, a nasze miejsce do spania było niewielkie — plecaki trzeba było chować pod łóżka. Za to we wspólnej kuchni można było zagotować wodę i przygotować jedzenie. Wieczorem gospodarz rozpalał w piecu.
Zostawiliśmy ciężkie rzeczy i ruszyliśmy wyżej na aklimatyzację. Minęliśmy Skały Pastuchowa, zrobiliśmy krótką przerwę i doszliśmy do zasypanego czerwonego ratraka na około 4900 metrach. Ten charakterystyczny punkt wraca na naszych zdjęciach i filmach: wystająca ze śniegu maszyna, czwórka ludzi i chmury zasłaniające widoki.
Posiedzieliśmy tam mniej więcej godzinę. Chodziło o to, żeby pobyć na wysokości, a nie tylko dojść do punktu i natychmiast zawrócić. Z czasem zrobiło się jednak coraz chłodniej. Podczas zejścia zaczął padać śnieg. Wracaliśmy do Priutu z myślą o odpoczynku i nocnym wyjściu, licząc na lepsze warunki następnego dnia.
Noc, wiatr i wypatrywanie słońca
1 sierpnia wyszliśmy tuż przed drugą w nocy. Miękki śnieg z poprzedniego dnia był już zmarznięty, więc raki założyliśmy od razu przy schronie. Szliśmy pieszo; nie korzystaliśmy z ratraków wożących ludzi wyżej. Zabraliśmy również linę i pozostały sprzęt, bo odcinek ponad miejscem aklimatyzacji dopiero mieliśmy poznać.
Najmocniej zapamiętałem zimno. Zwykle długo zwlekam z zakładaniem kolejnych warstw, ale tutaj szybko sięgałem po następne rękawice. Dłonie zdążyły już tak zmarznąć, że nawet cieplejsza para nie od razu pomagała. Chowałem ręce pod pachy, próbując je ogrzać. Robienie zdjęć, które normalnie przychodzi mi bez zastanowienia, zeszło na dalszy plan.
Świt nie przyniósł natychmiastowej ulgi. Słońce długo pozostawało schowane za wschodnim wierzchołkiem. Byliśmy głodni i chcieliśmy się napić, ale powtarzaliśmy sobie, że zatrzymamy się, gdy dotrzemy w nasłonecznione miejsce. Udało się dopiero na przełęczy. Tam zrobiliśmy dłuższy postój — potrzebowaliśmy ciepła tak samo jak jedzenia i odpoczynku.
5642 metry — razem na zachodnim wierzchołku
Za przełęczą czekał bardziej stromy odcinek, a dalej wypłaszczenie i ostatnie metry na szczyt. Weszliśmy około 9:15, po mniej więcej siedmiu godzinach od wyjścia z Priutu, wliczając długą przerwę na ogrzanie się. Na górze byliśmy całą czwórką: Monika, Bartek, Ola i ja.
Po nocnym marszu w zimnie ten moment smakował szczególnie. Plan, który zaczynał się od wiadomości na grupie i wielu pytań organizacyjnych, doprowadził nas na zachodni, wyższy wierzchołek Elbrusa. Zostały zdjęcia, wspólna radość i świadomość, że teraz trzeba jeszcze bezpiecznie zejść.
Powrót, którego nie było w planie
Do Priutu schodziło nam się znacznie szybciej. Nastawiliśmy się na przepakowanie, dojście do kolejki i zjazd do Azau. Wtedy usłyszeliśmy, że nie ma prądu i kolejka nie działa. Początkowo trudno było uwierzyć, że po nocnym wejściu czeka nas jeszcze cała droga w dół z dużymi plecakami.
Na kolejnych stacjach pytaliśmy, czy da się zjechać choć część trasy. Nic z tego. Schodziliśmy więc dalej, przez teren zmieniony pracami budowlanymi. Przygotowany wcześniej ślad nie wszędzie odpowiadał temu, co zastaliśmy; trzeba było korygować drogę według sytuacji na miejscu.
Niżej śnieg ustąpił miejsca pylącemu podłożu. Każdy krok wzniecał kurz, buty zmieniały kolor, a ciężkie plecaki coraz bardziej dawały się we znaki. To właśnie ten końcowy odcinek zapamiętaliśmy jako wyjątkowo męczący. Szczyt był już dawno za nami, ale wysiłek jeszcze się nie skończył.
W Azau mogliśmy wreszcie odłożyć bagaże i zamknąć górską część wyprawy. Kierowca odebrał nas wcześniej, niż pierwotnie zakładaliśmy. W drodze powrotnej granicę przekroczyliśmy dużo sprawniej, a w Gruzji zatrzymaliśmy się w Stepancmindzie. Elbrus był głównym celem tego wyjazdu — i został zdobyty.
Co zostało po tej wyprawie
Elbrus przypomina mi przede wszystkim o pracy, której nie widać na szczytowym zdjęciu: organizowaniu przejazdu, pakowaniu wspólnego sprzętu, sprawdzaniu noclegów i dostosowywaniu planu do warunków. Pamiętam czerwony ratrak w chmurach, pierwsze słońce na przełęczy i kurz na ostatnich kilometrach zejścia. Każdy z tych obrazów jest częścią tej samej historii.
W prelekcji poniżej opowiadamy o niej szerzej, razem z Moniką: od przygotowań po powrót. To zapis naszego wyjazdu z 2023 roku, również w kwestii ówczesnego transportu, kosztów i formalności.
Prelekcja i galeria z Elbrusa




Postaw mi kawę na szlak
Podobała Ci się ta historia? Pomóż mi przygotować kolejną wyprawę i relację.
Postaw mi kawę na szlak ☕Otwiera się w nowej karcie. Dobrowolne wsparcie przez Suppi – samodzielnie wybierasz kwotę.


Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.