Carrauntoohil i Irlandia: Diabelska Drabina, szczyt i wybrzeże

Leszek nad górskim jeziorem podczas podejścia na Carrauntoohil, Irlandia - 13 września 2024

Sam zorganizowałem tę wyprawę. W górach szedłem bez przewodnika i bez pomocy agencji.

13-15 września 2024 · Irlandia

Carrauntoohil, Diabelska Drabina i weekend nad oceanem

Na Irlandię mieliśmy trzy dni. Pierwszy przeznaczyliśmy na Carrauntoohil, najwyższy szczyt kraju, a pozostałą część wyjazdu na wybrzeże i miasta. W górach czekały zielone doliny, jeziora i skalne podejście. Później oglądaliśmy już zupełnie inną Irlandię: zatoki, klify i zabudowania nad wodą.

Ten wyjazd zapamiętałem również z powodu ręki: byłem krótko po złamaniu i szedłem z usztywnieniem na dłoni i nadgarstku.

13 września: od podróży do gór

Górski dzień zaczął się już po przylocie do Irlandii. Pojechaliśmy w stronę masywu Carrauntoohil. Na początku trasy nie było jeszcze surowego szczytowego krajobrazu: przed nami rozciągała się szeroka dolina, a po obu stronach drogi zielone zbocza i paprocie. Chmury wisiały nad górną częścią gór.

Między jeziorami i zielonymi zboczami

Początek podejścia pozwalał spokojnie obejrzeć dolinę. Mijaliśmy owce, strumień i duże bloki skalne. Wyżej pojawiły się jeziora otoczone zboczami. Co chwilę zatrzymywałem się z telefonem: raz żeby pokazać wodę, innym razem coraz węższe przejście pomiędzy skałami.

Z czasem wygodniejsza droga ustąpiła miejsca kamieniom i bardziej stromemu terenowi. Przybywało skał, a ubywało widoczności w kierunku grzbietu. Z dołu nadal można było oglądać jeziora; wysoko nad nimi chmury zasłaniały już kolejne fragmenty masywu.

Początek podejścia na Carrauntoohil, 13 września 2024.
Górski krajobraz podczas podejścia, 13 września 2024.

Diabelska Drabina: skalny żleb zamiast wygodnej ścieżki

Na tym wyjeździe pojawiła się też Devil’s Ladder, czyli Diabelska Drabina. Nazwa brzmi jak coś ze sztucznymi stopniami, ale chodzi o stromy żleb wypełniony kamieniami i głazami. Zielona dolina pozostawała coraz niżej, a przed nami był już teren, w którym trzeba patrzeć pod nogi i wybierać kolejne stopnie w skale.

Właśnie takie fragmenty warto pokazać obok widoku z wierzchołka: na zdjęciach widać zarówno przejście w górę pomiędzy zboczami, jak i jeziora daleko poniżej. Podczas podejścia zauważyłem również helikopter. Zachowałem jego ujęcie, ale nie wiem, czego dotyczył ten lot.

Devil’s Ladder jest popularnym wariantem wejścia. Miejscowy zespół ratownictwa górskiego opisuje jednak luźne kamienie i erozję w tym żlebie, więc sama popularność nie oznacza łatwego terenu. Opis trasy Kerry Mountain Rescue.

Śmigłowiec nad doliną podczas górskiego dnia, 13 września 2024.
Widok w głąb skalnego żlebu podczas podejścia, 13 września 2024.

Carrauntoohil: krzyż w chmurach

Wyżej pogoda zaczęła odbierać nam widoki. W nagraniach widać, jak górna część masywu znika w chmurach. Miałem jeszcze nadzieję na przejaśnienie, ale przy samym szczycie otoczenie pozostało szare. Żartowałem, że to irlandzka pogoda dla koneserów.

13 września 2024 stanąłem przy dużym krzyżu na Carrauntoohil. Szerokiej panoramy nie było, ale były skały pod nogami, charakterystyczny krzyż i satysfakcja z wejścia na kolejny szczyt Korony Europy. Zrobiłem zdjęcia z flagą i nagrałem szczyt. W tej relacji pokazuję też ten mniej pocztówkowy obraz Irlandii: górę zanurzoną w chmurach.

Podejście do krzyża na Carrauntoohil we mgle, 13 września 2024.

Zejście zakosami i powrót widoków

Przy zejściu znów wrócił temat Diabelskiej Drabiny. Na nagraniu z rejonu przełęczy mówię o innym wariancie powrotu: zamiast schodzić żlebem, podejść jeszcze trochę wyżej i zejść ścieżką prowadzącą zakosami. Na filmie pokazuję teren i tłumaczę ten plan. To osobny fragment opowieści o drodze w dół.

Niżej wychodziliśmy z chmur i znów otwierał się widok na jeziora oraz zielone stoki. Zdjęcia z powrotu pokazują grzbiet, dolinę i zmieniającą się pogodę. Na koniec pojawiła się tęcza. Po szarym szczycie ten kolorowy akcent był bardzo dobrym zakończeniem górskiej części dnia.

Widok na żleb i dolinę podczas wybierania drogi zejścia, 13 września 2024.

Jeszcze 13 września: z gór nad wodę

Po wejściu nie zakończyliśmy zwiedzania Irlandii. Tego samego dnia dotarliśmy nad wybrzeże. Zamiast skalnego żlebu i krzyża oglądaliśmy teraz plażę, zatokę oraz ciemne skały przy wodzie. Chmury nadal były z nami, ale pod nimi światło odbijało się w morzu.

Na zdjęciach z wieczoru zostały rozległa plaża, mokre nabrzeże i fale przy skalistym brzegu. To inny rodzaj widoków niż w górach, ale właśnie ten kontrast bardzo lubię w takich wyjazdach: jednego dnia szczyt, a kilka godzin później ocean.

Wybrzeże po górskim dniu, 13 września 2024.

14 września: ruiny Ballycarbery Castle

Kolejny poranek zaczęliśmy od ruin Ballycarbery Castle. Kamienne mury stoją na zielonym terenie blisko wody. Zostały wysokie fragmenty ścian i puste otwory okienne; z bliska można dobrze zobaczyć, jak surowa jest ta budowla.

Zatrzymaliśmy się również przy brzegu. Zamek, mokra trawa i zatoka tworzyły zupełnie inną scenerię niż góry poprzedniego dnia. Nie trzeba było wielkiego planu na cały dzień: kolejne postoje same dawały powody, żeby wyciągać aparat.

Ballycarbery Castle i brzeg zatoki, 14 września 2024.

Cahersiveen: kolorowe fasady i duży kościół

W Cahersiveen przeszliśmy od zieleni i ruin do ulic z kolorowymi fasadami. Na zdjęciach są nieduże sklepy, kwiaty przy budynkach i mocne kolory drzwi oraz witryn. Nawet przy pochmurnym niebie to miasteczko wyglądało żywo.

Obejrzeliśmy również kościół Daniel O’Connell Memorial Church – jego fasadę i wnętrze. Szerokie ujęcie pokazuje skalę budynku, a zdjęcie ze środka łuki, ławki i prezbiterium. To był spokojniejszy fragment podróży pomiędzy kolejnymi postojami na wybrzeżu.

Wnętrze Daniel O’Connell Memorial Church w Cahersiveen, 14 września 2024.

Przez Portmagee w stronę klifów

Przed wizytą na klifach zatrzymaliśmy się przy wodzie w Portmagee. Widać zatokę, zabudowania po drugiej stronie i pomost. To pierwszy z naszych postojów w tym rejonie – później, po odwiedzeniu latarni na Valentia Island, jeszcze wróciliśmy do portu.

Pomost i zatoka przy Portmagee, 14 września 2024.

Kerry Cliffs: pionowe skały i ocean poniżej

Później pojechaliśmy w okolice Portmagee, na Kerry Cliffs. Tutaj krajobraz znów zrobił się surowy. Zielona powierzchnia kończyła się urwiskiem, a daleko poniżej fale uderzały w ciemne skały. Na szerszych zdjęciach widać kolejne odcinki brzegu i ogromną przestrzeń w stronę oceanu.

Z punktu widokowego oglądaliśmy klify z kilku stron. Są też fotografie kamiennych budowli o stożkowych dachach oraz zwierząt przy terenie, który mijaliśmy. W tej części wyjazdu zdjęcia i filmy najlepiej pokazują skalę miejsca: człowiek przy barierce jest niewielki wobec całego wybrzeża.

Kerry Cliffs i nadmorska ścieżka, 14 września 2024.

Latarnia na Valentia Island

Następny postój był przy latarni na Valentia Island, na Cromwell Point. Biała wieża i otaczające ją budynki stoją tuż przy skalistym brzegu. Oglądaliśmy ją z podejścia, a później z bliska. Na zdjęciach są także czerwone barierki i wąskie schody wewnątrz.

Z góry można było popatrzeć na wodę i przeciwległe zbocza. Pogoda nie przypominała letniego dnia na plaży: kaptur i kurtka pasowały do tego miejsca znacznie lepiej. Latarnia była dobrym pretekstem do obejrzenia jeszcze jednego fragmentu wyspy.

Portmagee: łodzie i krótki postój nad zatoką

Po latarni wróciliśmy do Portmagee, gdzie oglądaliśmy port i łodzie na wodzie. Widoczność przy brzegu była inna niż z klifów: teraz byliśmy nisko, blisko zatoki i zabudowań. Mokre nabrzeże, spokojniejsza woda oraz łodzie dopełniły tego dnia nad oceanem.

Wieczór w Cork

Dzień zakończyliśmy spacerem po Cork. Na zdjęciach z wieczoru jest miejska zabudowa, rzeka i katedra St Fin Barre’s. Wraz ze zmierzchem włączały się światła, a mokry chodnik odbijał barwy witryn i oświetlonych budynków.

Po klifach i latarni ten miejski finał był przyjemną odmianą. W ciągu jednego dnia zobaczyliśmy ruiny, miasteczko, kilka miejsc na wybrzeżu i większe miasto. Nie był to więc wyjazd ograniczony do odhaczenia najwyższego szczytu.

15 września: powrót

W niedzielę przyszła pora na drogę powrotną. Weekend zamknął się w trzech dniach, ale został po nim bardzo różnorodny zestaw wspomnień: zielona dolina Carrauntoohil, chmury przy krzyżu, tęcza po zejściu, zamkowe mury, klify, latarnia i Cork wieczorem.

Carrauntoohil jest dla mnie irlandzkim etapem Korony Europy – Europe’s Highpoints. W tej relacji szczyt ma swoje miejsce, ale równie dużo chciałem zachować z samej podróży. Dlatego obok góry pokazuję wybrzeże, miasteczka i krótkie postoje, które sprawiły, że był to naprawdę fajny wyjazd.

Postaw mi kawę na szlak

Podobała Ci się ta historia? Pomóż mi przygotować kolejną wyprawę i relację.

Postaw mi kawę na szlak ☕

Otwiera się w nowej karcie. Dobrowolne wsparcie przez Suppi – samodzielnie wybierasz kwotę.