Dziesięć osób, dwa samochody i cztery bardzo różne góry. W majówkę 2023 połączyliśmy Mahya Dağı, Ararat, Korab i Dinarę w jedną podróż. Zanim jednak stanęliśmy na śniegu ponad chmurami, musieliśmy poradzić sobie z czymś znacznie mniej widowiskowym: korkami, opóźnieniami i zmianą lotów na ostatnią chwilę.
Z Gliwic do Stambułu — plan zmieniany w drodze
Ruszaliśmy z Polski własnymi samochodami. Wyjechaliśmy z Gliwic, a na parkingu w Myślenicach mieliśmy spotkać drugi samochód i pozostałą część ekipy. Razem było nas dziesięcioro. Czekał nas długi przejazd do Stambułu, skąd mieliśmy polecieć dalej do Van.
Kłopoty zaczęły się jeszcze przed spotkaniem całej grupy. Zamknięcie A4 i problemy z przejazdem sprawiły, że już w Myślenicach mieliśmy około trzech godzin opóźnienia. Później doszło wielogodzinne oczekiwanie na granicy. Stało się jasne, że na zaplanowany wieczorny lot do Van nie zdążymy.
W kolejce granicznej zamiast myśleć o górach, szukałem ratunku dla dalszej podróży. Celniczka udostępniła nam internet, dzięki czemu mogłem zająć się odwołaniem dotychczasowych lotów i znalezieniem nowych. Udało się: rano mogliśmy polecieć do Iğdır. Zmieniło się jednak nie tylko połączenie, lecz także lotnisko, z którego ktoś musiał nas odebrać.
Skontaktowałem się więc z przewodnikiem, z którym mieliśmy iść na Ararat. Na szczęście odbiór z Iğdır zamiast z Van nie stanowił problemu. Plan udało się uratować, choć oznaczało to noc na lotnisku i mniej czasu na odpoczynek przed górskim etapem.
29 kwietnia — Mahya Dağı na początek
Pierwszym górskim punktem podróży było Mahya Dağı w europejskiej części Turcji. Po drodze przez autostrady i granice znaleźliśmy się wśród zielonych wzgórz, drzew i pasących się zwierząt. Byliśmy jeszcze w lekkich ubraniach, a wieczorne światło nadawało krajobrazowi ciepłe barwy.
Udało się zdobyć pierwszy cel. Radość mieszała się już z oczekiwaniem na następny etap: przed nami był Ararat. Trudno było wtedy o większy kontrast niż między tymi zielonymi wzgórzami a śniegiem, który miał zdominować kolejne dni.



Ararat — bez drugiego obozu
Po nocy spędzonej na lotnisku polecieliśmy nad ranem do Iğdır. Przewodnik odebrał nas i zawiózł do hotelu. Zostawiliśmy rzeczy, przygotowaliśmy się do wyjścia i ruszyliśmy pod Ararat. Zamiast spokojnego dnia na miejscu mieliśmy od razu podejście do pierwszego obozu.
Już podczas pierwszej rozmowy przewodnik uprzedził nas, że warunki są bardzo trudne. Dużo świeżego śniegu i — jak nam powiedział — od miesiąca nikomu nie udało się wejść na Ararat. Chciał, żebyśmy brali pod uwagę możliwość powrotu bez szczytu. Odpowiedzieliśmy zdecydowanie: chodzimy po górach, wiemy, z czym wiąże się taka wyprawa, i przyjechaliśmy tu z zamiarem wejścia na Ararat.
Ararat, czyli Ağrı Dağı, jest najwyższym szczytem Turcji i ma 5137 m. Spadło tyle śniegu, że nie było możliwości rozstawienia drugiego obozu. Atak szczytowy musieliśmy rozpocząć z pierwszego, położonego na około 3300–3400 m. Oznaczało to bardzo długie podejście w dniu szczytowym.
Aklimatyzacja i trudne rozmowy
1 maja wyszliśmy na aklimatyzację. Towarzyszył nam jeden z pracowników głównego przewodnika. W głębokim śniegu dość szybko pojawiła się różnica zdań: on chciał zawracać, a my chcieliśmy podejść wyżej. Wyszliśmy na przód i zaczęliśmy torować; przez pewien czas szedł za nami.
W okolicach 3800 m ponownie powiedział, że dalej nie pójdzie. Zależało nam na podejściu do około 4400–4500 m, dlatego zadzwoniliśmy do głównego przewodnika. Po rozmowie ruszyliśmy jeszcze kawałek razem, ale ostatecznie ostatni odcinek aklimatyzacji przeszliśmy samodzielnie. Dotarliśmy do około 4400 m.
Podczas zejścia nie zastaliśmy towarzyszącego nam przewodnika w miejscu, w którym się rozdzieliliśmy — wrócił wcześniej do obozu. Zeszliśmy sami. Na dole odbyliśmy z głównym przewodnikiem stanowczą rozmowę o przebiegu tego wyjścia i dalszym planie. Ustaliliśmy, że po odpoczynku tej samej nocy ruszymy na szczyt.
2 maja — ponad chmurami
Tygrys po aklimatyzacji nie wyruszył z nami na atak szczytowy. Pozostali przygotowywali się do wyjścia jeszcze przy świetle czołówek. Po nocnym starcie stopniowo zaczęło się rozjaśniać. Poniżej rozciągało się morze chmur, a śnieg nabierał koloru od wschodzącego słońca.
Zimno mocno dawało się we znaki. Tomkowi bardzo marzły ręce, więc na początku oddałem mu swoje rękawiczki. Kiedy zrobiło się jeszcze zimniej, sam musiałem je założyć. Tomek ostatecznie zawrócił i tego dnia nie wszedł na szczyt.
Około 6:30 byliśmy na mniej więcej 4430 m, już wyżej niż podczas aklimatyzacji poprzedniego dnia. Widoki były piękne, ale przed nami wciąż pozostawało sporo podejścia. Sam szczyt nie był jeszcze widoczny.
Ania także bardzo marzła. Przewodnik został z nią z tyłu, pomagał jej się rozgrzać i kontynuować podejście. Nasza siedmioosobowa grupa poszła dalej. Miałem zapisany ślad trasy i mapę w zegarku; korzystaliśmy z nich podczas samodzielnego podejścia na wierzchołek.
Około 10:16 byliśmy już na szczycie. Mamy Ararat! Staliśmy pod błękitnym niebem, z chmurami daleko niżej. Ania dotarła z przewodnikiem później — również jej udało się wejść. Z dziesięcioosobowej ekipy na wierzchołku stanęło osiem osób.
Byliśmy pierwszą ekipą, która weszła po miesięcznej przerwie, o której mówił nam przewodnik. Za tym sukcesem kryły się jednak nie tylko piękne widoki: opóźnienia w podróży, zmienione loty, noc na lotnisku, torowanie podczas aklimatyzacji, trudne rozmowy i długi atak z pierwszego obozu. Każdy z nas przeżył ten dzień inaczej.
Jeszcze trzeba wrócić
Euforia nie trwała bez końca. Pogoda zaczęła się zmieniać, pojawiły się chmury i silny wiatr. Na zejściu trzeba było znów skupić się na drodze. Zmęczenie narastało, a pod koniec brakowało nam sił, chociaż do obozu zostało już niewiele.
Dopiero przy namiotach mogliśmy naprawdę odetchnąć. Radość ze szczytu i mozolny powrót wydarzyły się tego samego dnia — jedno bez drugiego nie oddawałoby tej wyprawy. Później, oglądany z miasta, Ararat znów wyglądał spokojnie. My znaliśmy już wysiłek, którego z tej perspektywy nie było widać.






5 maja — Korab po długiej nocy w drodze
Pod szlak dotarliśmy około czwartej nad ranem, po długim dojeździe trudną drogą. Kilka godzin później przygotowaliśmy śniadanie i kawę, a potem zbieraliśmy się do kolejnego wyjścia.
Pierwotnie podczas powrotu chcieliśmy wejść także na Olimp. Po świeżych opadach śniegu odpuściliśmy jednak ten pomysł i zmieniliśmy plan. Do podróży dołączyła Dinara. Olimp poczekał na czerwcowy wyjazd.
Na Korabie początkowo otaczała nas soczysta zieleń doliny. Wyżej wrócił śnieg: szerokie białe połacie, ślady prowadzące pod górę i skały wystające ze zboczy. Podczas jednego wejścia przeszliśmy od wiosny do zimy.
Na szczycie widoków było mniej niż podczas porannego podejścia, ale mieliśmy kolejny cel za sobą. Wracając, mijaliśmy kwiaty wyrastające tuż obok śniegu. Po surowym Araracie takie drobiazgi wyjątkowo przyciągały uwagę.



6 maja — od morza na Dinarę
Ostatni górski dzień zaczęliśmy nad morzem. Spokojna woda, słońce i wspólny posiłek — a kilka godzin później znów byliśmy na szlaku, tym razem na kamienistych, porośniętych trawą zboczach Dinary.
Na górze czekały chorwacka flaga, czerwone oznaczenie i rozległa panorama. Zrobiliśmy zdjęcia i popatrzyliśmy na góry oraz doliny. Podczas zejścia światło robiło się coraz łagodniejsze i nadchodził wieczór.
Od 28 kwietnia do 7 maja przeżyliśmy znacznie więcej niż cztery wejścia. Ta majówka była wspólną podróżą dziesięciu osób, improwizowaniem na granicy, ratowaniem lotów i szukaniem planu, który da się zrealizować mimo opóźnień i pogody. Mahya Dağı, Ararat, Korab i Dinara były jej kolejnymi rozdziałami.



Relacja z majówki 2023. Wysokość Araratu według regionalnego urzędu turystyki w Iğdır. Opis dotyczy warunków podczas naszego wyjazdu.
Postaw mi kawę na szlak
Podobała Ci się ta historia? Pomóż mi przygotować kolejną wyprawę i relację.
Postaw mi kawę na szlak ☕Otwiera się w nowej karcie. Dobrowolne wsparcie przez Suppi – samodzielnie wybierasz kwotę.

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.