Sam zorganizowałem tę wyprawę. W górach szedłem bez przewodnika i bez pomocy agencji.
ALPY ÖTZTALSKIE · DWA ZIMOWE WYJAZDY
3599 m n.p.m. · 26-28 grudnia 2025 i 2-4 stycznia 2026
Dwa wyjazdy, których nie da się rozdzielić
Na Similaun wróciłem po tygodniu. Za pierwszym razem szedłem pieszo z Łukaszem i zamiast szczytu przywiozłem wspomnienie śniegu, w którym zapadaliśmy się po pas. Za drugim miałem narty i dwóch kolegów. Warunki znów wystawiły nas na próbę, a ostatnią część drogi pokonałem sam.
To opowieść o dwóch zimowych wyjazdach: od 26 do 28 grudnia 2025 roku oraz od 2 do 4 stycznia 2026 roku. Dopiero razem pokazują, ile wydarzyło się przed zdjęciem przy szczytowym krzyżu.
Grudzień: zamiast skiturów, marsz w głębokim śniegu
Początkowo szukałem ekipy na skitury. Nie udało mi się jej zebrać, za to znalazł się Łukasz, który na skiturach nie jeździł. Postanowiliśmy pojechać we dwóch i spróbować wejścia pieszo. W Vent byliśmy już w nocy, a po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w góry.
Rano dotarliśmy do Martin-Busch-Hütte po około ośmiu kilometrach i dwóch godzinach czterdziestu pięciu minutach marszu. Zostawiliśmy niepotrzebne wyżej rzeczy, przepakowaliśmy plecaki i poszliśmy dalej.
Powyżej schroniska zaczęło się prawdziwe torowanie. Próbowaliśmy szukać lepszego przejścia, raz jednym, raz drugim wariantem. Bez wielkiego skutku. Śnieg odbierał siły, a każdy krok wymagał pracy. Piękne widoki nie zmieniały tego, jak wolno posuwaliśmy się do przodu.
Zamknięta Similaunhütte i wieczór w zimowym schronie
Dotarliśmy pod Similaunhütte. Schronisko było zamknięte, więc nie czekał tam na nas ciepły pokój ani posiłek. Tego dnia uznaliśmy, że wystarczy. Planowaliśmy wrócić następnego ranka, licząc, że przetorowany odcinek ułatwi kolejną próbę.
Naszą bazą był zimowy schron przy Martin-Busch-Hütte. Wieczorem była świąteczna kolacja, później zwykłe zimowe obowiązki: topienie śniegu, przygotowywanie wody, układanie rzeczy na pryczach. Te wspólne chwile w schronie pamiętam równie dobrze jak górskie panoramy.
26 grudnia zmieniliśmy plan jeszcze w drodze. Skoro na szczyt nie wystarczy czasu i sił, chcieliśmy przynajmniej przetorować dojście na następny dzień. Liczyliśmy, że nocny mróz zwiąże nasze ślady, a start prosto ze schronu pozwoli oszczędzić kilka godzin.
Jednak 27 grudnia rano musiałem zawrócić. Źle się czułem i nie miałem siły iść dalej. Łukasz kontynuował podejście, a ja wróciłem do schronu, rozpaliłem w piecu i położyłem się z nadzieją, że odpoczynek pomoże. Tego dnia szczyt znów pozostał poza moim zasięgiem.
28 grudnia około wpół do ósmej ruszyliśmy ze schronu w stronę parkingu. Nie zrealizowaliśmy planu szczytowego, ale wracaliśmy po trzech dniach prawdziwej zimowej przygody. Ja wiedziałem już, że chcę tu wrócić z nartami.
Grudniowa wyprawa w zdjęciach












Tydzień później: znów Vent, tym razem z nartami
Już 2 stycznia znów jechałem w Alpy. W drodze żartowałem, że chyba powinienem tu zamieszkać, zamiast co tydzień się pakować. Tym razem byliśmy we trzech i mieliśmy skitury.
3 stycznia rano byliśmy w Vent po nocnej jeździe. Rozważaliśmy jeszcze wejście na szczyt tego samego dnia, ale ostatecznie postanowiliśmy podejść do schronu i odpocząć przed kolejnym porankiem. Znana dolina, Martin-Busch-Hütte i następna noc przed próbą wejścia. Nie była to jednak kopia poprzedniego wyjazdu. Teraz głównym przeciwnikiem stał się mróz.
4 stycznia wyszliśmy około 8:40. Narty robiły ogromną różnicę: wreszcie nie zapadaliśmy się tak jak ostatnio. Śniegu miejscami ubyło, odsłaniały się kamienie i już podczas podejścia zastanawiałem się, jak będzie wyglądał zjazd.
Mróz zmienia skład zespołu
Było bardzo zimno. Ten wyjazd zapamiętałem z temperaturą sięgającą około minus 26 stopni. Wiatr sprawiał, że odczuwaliśmy mróz jeszcze dotkliwiej.
Najpierw z dalszego podejścia zrezygnował jeden kolega, potem drugi. Przed przełęczą nasze drogi się rozeszły: on kierował się w stronę Similaunhütte, ja odbiłem wcześniej na lodowiec. Około 10:55 zostałem już sam.
Nie chciałem nikogo namawiać do dalszego marszu, gdy było mu za zimno. Samotne przejście lodowca oznaczało jednak dodatkowe ryzyko, z którego zdawałem sobie sprawę.






Od słońca do słońca, aż pod krzyż
Na podejściu łapałem każdą okazję, żeby zatrzymać się w słońcu. Przede mną pojawiały się kolejne odcinki: podejść w stronę skał, odbić, wyjść wyżej, znów zobaczyć szczyt. Do celu zostawało najpierw ponad czterysta metrów przewyższenia, później około dwustu.
Pod końcowym odcinkiem zostawiłem narty i przygotowałem się do wejścia pieszo, w rakach, z czekanem. Grań była już blisko, ale wciąż trzeba było ją przejść. Było przenikliwie zimno, a jednocześnie tak pięknie, że trudno było oderwać wzrok od panoramy.
4 stycznia około 13:53 nagrywałem już ze szczytu Similaun, 3599 m n.p.m. Dookoła rozciągały się zimowe Alpy. Po grudniowym odwrocie i styczniowym podejściu w mrozie to był moment, na który pracowały oba wyjazdy.






Jeszcze zjazd i powrót do doliny
Wejście nie kończyło dnia. Wróciłem po narty i zjechałem w stronę schronu. Po piętnastej nagrywałem już spokojniejszy fragment zjazdu, ciesząc się, że znów wyszło słońce.
Po powrocie szybko się spakowaliśmy. Koledzy mieli dość zimna i postanowiliśmy od razu wracać w dolinę. Późnym popołudniem jechaliśmy już niżej, a nad górami robił się zachód słońca.
Z tych dwóch wyjazdów zostało mi znacznie więcej niż zdobyty szczyt. Pamiętam mozolne torowanie z Łukaszem, świąteczny wieczór w schronie, ulgę po założeniu nart i kolegów, którzy podjęli własne decyzje o odwrocie. Zdjęcie przy krzyżu jest finałem tej historii, ale dopiero te wcześniejsze chwile nadają mu znaczenie.






Postaw mi kawę na szlak
Podobała Ci się ta historia? Pomóż mi przygotować kolejną wyprawę i relację.
Postaw mi kawę na szlak ☕Otwiera się w nowej karcie. Dobrowolne wsparcie przez Suppi – samodzielnie wybierasz kwotę.


Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.