Wrzesień 2026 · szczyt 6 września · powrót 7 września
6 września 2026 roku stanąłem na Domie, 4545 metrów nad poziomem morza. Ten wyjazd zapamiętałem jako długą akcję, w której plan zmieniliśmy jeszcze przed nocnym wyjściem, a zdobycie szczytu nie zakończyło trudności. Po radości na wierzchołku czekało nas ostrożne zejście przez lód i szczeliny, kolejny nocleg w schronisku i poranny powrót na dół.
Sam zorganizowałem tę wyprawę. W górach szliśmy bez przewodnika i bez agencji.
15,5 godziny jazdy do Randy
Droga z Polski do Randy w Szwajcarii zajmuje nam 15,5 godziny. Jedziemy przez noc, a po drodze zatrzymujemy się przy hotelu Belvédère. Zaglądamy w stronę lodowca i podziwiamy alpejskie widoki. Po takiej podróży nie jesteśmy wypoczęci, ale przed nami jeszcze podejście do schroniska.
W Randzie wracamy na znajomy parking. Wyciągamy sprzęt z samochodów, pakujemy plecaki i szykujemy się do wyjścia. Przygotowania zajmują nam więcej czasu, niż zakładaliśmy, i ruszamy w południe. Plan zakłada nocleg w Domhütte i nocny start w stronę szczytu.



5 września: z doliny w stronę Domhütte
Zaczynamy w zielonej dolinie. Mijamy zabudowania i drzewa, a ponad nami wznoszą się góry. Plecaki są ciężkie: niesiemy wodę, jedzenie, raki, czekany, ubrania i sprzęt do nagrywania. Szlak prowadzi obok wiszącego mostu nad Randą. Robimy dodatkowy przystanek i wchodzimy na most, żeby go obejrzeć, nacieszyć się widokami i zrobić kilka zdjęć. Nie przechodzimy na drugą stronę: zawracamy i schodzimy z mostu po tej samej stronie, z której na niego weszliśmy. Potem kontynuujemy podejście do Domhütte. Dolina zostaje coraz niżej, a przed nami pojawiają się odsłonięte zbocza i skalne fragmenty drogi.






Skalny odcinek i odpoczynek przy schronisku
Im wyżej jesteśmy, tym więcej jest skały. Na kolejnych fragmentach pojawiają się stopnie i zabezpieczenia ułatwiające przejście. Idziemy w kaskach, z plecakami i sprzętem potrzebnym na dalszą część wyprawy. Wokół otwierają się widoki na lodowce i wysokie szczyty.
W końcu docieramy do Domhütte. Są ławki, stoliki, sprzęt odłożony na chwilę i czas, żeby usiąść. Dostajemy pokój o nazwie Dom, więc cel wyprawy towarzyszy nam nawet przy łóżkach. Z zewnątrz podziwiamy widoki na Matterhorn i okoliczne góry. To koniec podejścia do schroniska, ale przed nami pozostaje najważniejszy dzień. Przygotowujemy się do wyjścia, które zacznie się w nocy.
6 września: zmiana planu przed nocnym wyjściem
Z wejścia granią Festigrat zrezygnowaliśmy po rozmowach z obsługą Domhütte i jednym z przewodników. Mówili nam, że w ostatnim czasie praktycznie nikt nie wybierał tej drogi. Grań, która powinna być związana lodem, była sucha i bardzo sypka, z częstymi obrywami. Zamiast trzymającego skałę lodu były luźne kamienie i kolejne spadające fragmenty. Wybieramy więc drogę przez lodowiec.
Później, już na miejscu, sami widzimy powtarzające się obrywy z Festigratu. To potwierdza ostrzeżenia ze schroniska. Dobrze, że zmieniliśmy plan: w warunkach, które zastaliśmy podczas naszego wyjazdu, nie chcieliśmy iść tą granią.
To ważna część tej historii: na Dom nie wchodziliśmy Festigratem. Droga normalna prowadzi przez Festigletscher, Festijoch i dalej na północną stronę masywu. Raki, lina i przejścia przez teren lodowcowy będą nam potrzebne także przy powrocie.



Z Festijoch przez lodowiec
O poranku jesteśmy na Festijoch. Przed nami mocno wytopiony lodowiec i sucha grań, z której wcześniej zrezygnowaliśmy. Z przełęczy zjeżdżamy na linie na drugą stronę. Kolejne osoby schodzą, a my wskazujemy sobie stopnie i przejścia w skale.
Dalej idziemy przez Hobärggletscher, mijając duże szczeliny i wysokie lodowe formy. Trzeba patrzeć pod nogi, pilnować odstępów i pracować razem. Wciąż znajdujemy chwilę na widoki i zdjęcia, ale przed nami pozostaje długie podejście.
Jeden ze stromych progów zatrzymuje nas na dłużej. Szukamy sposobu, żeby cały zespół przeszedł dalej: wbijamy czekany, wybieramy linę i pomagamy sobie przy podciąganiu oraz wejściu na stopień. Pod nogą kruszy się jeden ze stopni, więc trzeba ponownie znaleźć oparcie. Każdy kolejny ruch wymaga skupienia i współpracy. Dopiero dalej możemy kontynuować podejście w stronę szczytu.






Na Domie: mamy 4545 metrów
Na szczycie witają nas jasne słońce, śnieg i rozległa panorama Alp. Pada krótkie „mamy to”, są gratulacje i wspólne kadry. W końcu możemy zatrzymać się na chwilę po długim podejściu.
W rozmowie przypominamy jednak, że pełne gratulacje będą dopiero na dole. Szczyt jest ważnym momentem, ale pozostaje cała droga powrotna. Ta uwaga szybko nabiera bardzo konkretnego znaczenia.
Dziękuję Hypoxy.pl i ZdrowieNaLata.pl za wsparcie w przygotowaniach przed wyjazdem. Korzystałem z namiotu i generatora do treningu hipoksyjnego. Na szczycie dobrze się czuję na wysokości. Te przygotowania były częścią mojego planu przed wejściem na Dom.




Zejście: twardy lód, szczeliny i praca z liną
Po szczycie wracamy przez stromy teren. Pod nogami mamy twardy lód, w który trudno wbijają się raki, a poniżej jest szczelina. Zamiast długich rozmów są krótkie komunikaty: poczekaj, wybierz linę, daj trochę luzu. Kolejne osoby przechodzą ostrożnie, a uwaga skupia się na tym, co znajduje się bezpośrednio pod nogami.
Przy jednym z przejść rozmawiamy o mostku nad szczeliną. Nie chcę zostawać na nim dłużej, niż trzeba. Żeby wrócić na Festijoch, musimy ponownie podejść do przełęczy i pokonać teren, przez który rano zjeżdżaliśmy. Między szczelinami szukamy przejścia, porównujemy ślady z zapisem na zegarkach i pilnujemy liny. Potem czekają nas kolejne zjazdy w skalnym terenie oraz przejście przez lodowiec po drugiej stronie. Osiągnięty szczyt cały czas pozostaje za plecami, ale akcja górska trwa.





Jeszcze jedna noc i 7 września na dole
Późnym wieczorem wracamy do Domhütte. Plan jest jeszcze taki, żeby szybko się przepakować, uzupełnić płyny i zejść na parking. Idziemy rozliczyć wcześniejszy nocleg i wtedy dowiadujemy się, że schronisko ma być zamknięte już w następnym tygodniu. Sezon się kończy, innych gości nie ma i tej nocy z niedzieli na poniedziałek zostajemy tam sami.
Obsługa proponuje nam bardzo dobrą cenę za kolejną noc. Dzięki zniżce Alpenverein płaciliśmy już 35 franków szwajcarskich za osobę, a teraz dostajemy jeszcze dodatkowe 50 procent rabatu. Nocleg kosztuje więc 17,50 CHF za osobę. Po takim dniu chętnie korzystamy z tej okazji.
Zmęczenie zbierało się od początku wyjazdu. Za nami 15,5 godziny jazdy z Polski do Randy w Szwajcarii i nieprzespana noc, później krótki odpoczynek przed nocnym wyjściem na szczyt, a na koniec długa akcja górska. Uznajemy, że lepiej przespać się choć kilka godzin i dopiero wtedy ruszyć dalej.
Na koniec dostajemy jeszcze w gratisie czteropak piwa bezalkoholowego. Zbliżał się termin przydatności, schronisko kończyło sezon i obsługa nie zdążyłaby już go sprzedać. Taki drobny, miły gest na zakończenie naprawdę długiego dnia.
Po około czterech godzinach snu znów się zbieramy. 7 września, około czwartej rano, ruszamy w dół do samochodów. Nogi są już mocno zmęczone. Z czasem ciemność ustępuje porankowi i wracamy między trawiaste zbocza nad doliną. Na dole wznosimy bezalkoholowy toast za Dom. W drodze do Polski jest jeszcze czas na posiłek i lody, a potem kolejne kilometry do domu. Dopiero ten powrót zamyka całą wyprawę.
Z Domu zostały mi nie tylko widoki ze szczytu. Równie ważne są nocna decyzja o zmianie planu, wspólne działanie na zejściu i odpoczynek, na który zdecydowaliśmy się zamiast dalszego marszu po wyczerpującym dniu.




Zdjęcia i filmy pochodzą z tej wyprawy. Nazwy miejsc na drodze normalnej: Swiss Alpine Club SAC.
Postaw mi kawę na szlak
Podobała Ci się ta historia? Pomóż mi przygotować kolejną wyprawę i relację.
Postaw mi kawę na szlak ☕Otwiera się w nowej karcie. Dobrowolne wsparcie przez Suppi – samodzielnie wybierasz kwotę.



