Sam zorganizowałem tę wyprawę. W górach szedłem bez przewodnika i bez pomocy agencji.
15 sierpnia 2026 · Tatry Wysokie · z Moniką · Żabi Koń 2291 m
Przebieg dnia: podejście z polskiej strony → Rysy → grań w stronę Żabiego Konia → szczyt i zjazd → słowacka strona i rejon Chaty pod Rysami → ponownie Rysy → zejście na polską stronę.
Od poranka nad stawem do zachodu słońca na Rysach
15 sierpnia 2026 ruszyliśmy z Moniką na Żabiego Konia. Samochód zostawiliśmy po polskiej stronie, a do wspinaczkowego celu postanowiliśmy dojść przez Rysy. Już ten pomysł oznaczał długi dzień: najpierw duże podejście, później przejście granią i wspinanie, a na koniec powrót, podczas którego trzeba było ponownie zdobyć wysokość. Na Rysach stanąłem tego dnia dwa razy.
Poranek i wieczór wyglądały jak dwa różne wyjścia. Najpierw błękitne niebo, spokojna tafla stawu i skały oświetlone pierwszym słońcem. Kilkanaście godzin później – pomarańczowy horyzont i ciemniejące granie. Pomiędzy nimi zmieściły się zejście z Rysów w stronę Żabiego Konia, praca z liną, wierzchołek i zjazd. To właśnie tę drogę, a nie tylko moment zdobycia szczytu, pokazują zdjęcia i filmy poniżej.
Poranek: najpierw trzeba wejść na Rysy
Pierwsze światło łapało już najwyższe skały, gdy dolina wciąż pozostawała w cieniu. Dalej, nad stawem, można było zobaczyć całe górskie otoczenie odbite w niemal nieruchomej wodzie. Było jeszcze spokojnie i jasno, a przed nami czekała zasadnicza część podejścia.
Im wyżej podchodziliśmy, tym bardziej znikało otoczenie doliny, a przybywało skały. Stawy zostawały coraz niżej. Rysy nie były tego dnia metą ani miejscem, po którym zaczyna się już tylko zejście. Z ich okolicy mieliśmy dopiero wejść w teren prowadzący do właściwego celu.
Przed południem byliśmy na górze. Mogłem pokazać Monice i kamerze dalszą linię przejścia: Rysy za nami, grań przed nami i Żabi Koń dalej. Od razu było też widać, gdzie leży dolina, do której później zejdziemy, oraz jak dużo wysokości trzeba będzie odzyskać w drodze powrotnej.






Z Rysów na grań – tu zaczyna się właściwa przygoda
O 10:21 nagrałem krótki przegląd trasy. Obracam kamerę od słowackiego wierzchołka Rysów ku skalnej grani i pokazuję Żabiego Konia. Potem wskazuję planowane zejście do doliny i powrót na Rysy. Ten film dobrze porządkuje cały dzień: po wspinaniu nie mogliśmy po prostu zejść najkrótszą drogą do auta, bo samochód czekał po drugiej stronie gór.
Ruszyliśmy granią od Rysów w stronę Żabiego Konia. To zupełnie inna perspektywa niż widok z turystycznego szlaku. Bliskie skały zasłaniają na chwilę dalszą drogę, po czym za kolejnym fragmentem grzbietu otwiera się widok w dół, na stawy. Na zdjęciach widać, jak mało wspólnego ma ten odcinek z szeroką ścieżką: przechodzimy między blokami, blisko krawędzi i skalnych uskoków.
Warto zatrzymać się przy panoramach z tego etapu. Po jednej stronie głęboko pod nami leżą wody Czarnego Stawu i Morskiego Oka, po drugiej otwiera się słowacka strona Tatr. Rysy stopniowo zostają z tyłu, a sylwetka Żabiego Konia staje się coraz wyraźniejsza. Na tym przejściu sam widok celu nie oznacza jeszcze, że jest do niego blisko – najciekawsza skała wciąż czeka przed nami.






Żabi Koń: niewielka wysokość, dużo przestrzeni pod nogami
Żabi Koń ma 2291 m i leży w głównej grani Tatr, pomiędzy Rysami a Żabią Turnią Mięguszowiecką. Od Rysów oddziela go Żabia Przełęcz. W zależności od kierunku patrzenia wygląda jak płetwa albo smukła iglica. Nie należy do Wielkiej Korony Tatr, ale jego charakter nie zależy od miejsca na liście najwyższych szczytów. To cel taternicki, na który nie prowadzi znakowany szlak.
Z bliska ta sylwetka robi jeszcze większe wrażenie. W kadrze pojawia się ostrze grani, strome boki turni i niewiele miejsca na ruch. Kask, uprząż i lina przestają być wyposażeniem niesionym na później – są częścią tego, co robimy. Widać nas przy skale, Monikę z liną i kolejne ujęcia drogi, którą trzeba pokonać do wierzchołka.
W galerii zostawiłem nie tylko szerokie widoki, lecz także zdjęcia z bliska. Dopiero zestawienie tych dwóch perspektyw pokazuje charakter wspinania: z daleka malownicza turnia na tle nieba, z bliska chwyty, stopnie, skała tuż przed twarzą i duża przestrzeń obok. To ten fragment wyjścia był naszym głównym celem.






Po południu na wierzchołku
O 16:24 byłem już na Żabim Koniu. W krótkim nagraniu pokazuję miejsce, do którego dotarliśmy, otoczenie i odległe Rysy. Radości towarzyszy bardzo praktyczna myśl: jeszcze dzisiaj musimy tam wrócić, żeby zejść na polską stronę. W filmie słychać to bez upiększania.
Następne nagranie, z 16:48, daje dłuższy widok ze szczytu. Monika działa przy sprzęcie, ja rozglądam się po otoczeniu i pokazuję stawy oraz sąsiednie granie. Jest też trochę naszych zwykłych rozmów i żartów. Nazwy szczytów rzucane na gorąco w filmie traktujcie jako część rozmowy – sam przyznaję tam, że nie wszystkich jestem pewien.
Wierzchołek dawał świetny punkt obserwacyjny, ale pozostawał tylko jednym z etapów. Trzeba było przygotować dalszą drogę, znaleźć kierunek zjazdu i opuścić turnię. Zdjęcie na górze nie zamykało tej historii.



Zjazd i zejście ze skał
Po zdobyciu szczytu zaczęła się kolejna część wspinaczkowego dnia. Na zdjęciach widać linę schodzącą wzdłuż skały oraz Monikę podczas zjazdu. Turnia, na którą wcześniej patrzyliśmy z drogi podejścia, znów znalazła się nad nami – tym razem oglądana od strony powrotu.
To ważna część tej relacji, dlatego pokazuję ją osobno. Między wierzchołkiem a łatwiejszym terenem nie ma jednego wygodnego kroku. Zjazd, zejście po skalnych blokach i opuszczanie stromego otoczenia zabierają czas oraz wymagają dalszej koncentracji. Jeszcze około 17:30-17:50 byliśmy wśród skał, z Żabim Koniem wysoko nad głowami.
Dopiero potem mogliśmy myśleć o powrocie w stronę turystycznej drogi na Rysy. Niżej nie znaczyło jednak bliżej końca: po zejściu trzeba było zacząć następne podejście.





Drugi raz Rysy – tym razem w wieczornym świetle
Wieczorem przeszliśmy w rejonie Chaty pod Rysami. Około 19:10-19:15 schronisko i otaczające je skały były już oświetlone niskim słońcem. Gdy rano patrzyliśmy w tę stronę z góry, była to dopiero odległa część planu. Teraz znajdowaliśmy się na powrotnym podejściu.
Skały nabrały ciepłych kolorów, a w dolinach zaczął gęstnieć cień. Jeszcze około 19:40 szliśmy wysoko w górach, a przed 20:00 oglądaliśmy zachodzące słońce w rejonie Rysów. W końcowym filmie zostawiłem właśnie tę chwilę: panorama, światło i krótkie „O, pięknie”. Po długim dniu niewiele więcej trzeba było mówić.
Na Rysach byłem więc drugi raz tego samego dnia. Dopiero po tym powrocie mogliśmy zejść na polską stronę, w kierunku Morskiego Oka i samochodu. Poranne podejście i wieczorne zdjęcia dzieliło wiele godzin, a samo wyjście trwało jeszcze dłużej – zachód słońca wysoko w górach nie był przecież końcem drogi.
Nazajutrz, 16 sierpnia, poszliśmy z Moniką na Mięguszowiecki Szczyt Wielki Drogą po Głazach. Plan przejścia Grani Mięguszy odłożyliśmy wtedy na później. Wróciliśmy do niego dwa tygodnie później – to już osobna historia.







To relacja z naszego przejścia, a nie opis nawigacyjny drogi. Informacje o położeniu i charakterze szczytu: Żabi Koń – Drytooling.pl.
Postaw mi kawę na szlak
Podobała Ci się ta historia? Pomóż mi przygotować kolejną wyprawę i relację.
Postaw mi kawę na szlak ☕Otwiera się w nowej karcie. Dobrowolne wsparcie przez Suppi – samodzielnie wybierasz kwotę.


Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.